Monument Valley

telefonusa 133

Niezmiernie ciężko odpowiada mi się na pytania typu “co ci się najbardziej podobało w Ameryce?”, bo ta podróż ma dla mnie sens tylko w całości. Ciężko mi ją pokroić na kawałki i powiedzieć, że ten czy tamten dzień był dla mnie najważniejszy, bo moim głównym celem było poznanie tego kraju, a to oznacza również dotykanie brzydkich i niepolecanych zakątków. Czasami porzucałam wycieczkę do jakiegoś “must see” na rzecz wyprawy do supermarketu. Nigdy bym nie powiedziała, że dzień, w którym dostałam mandat w Teksasie uważam przez to za stracony. Ciężko mi też ocenić, czy warto odwiedzić to lub tamto miejsce, bo dla mnie całą atmosferę czynił sam fakt, że ja tam jestem. Z drugiej strony może właśnie dlatego tak bardzo mi się podobało i na wszystko potrafiłam spojrzeć jak na jeden z cudów świata. Może tak właśnie powinniśmy podchodzić do każdej podróży? Nie szukać niedociągnięć i “ale to nie wygląda jak na zdjęciu” tylko zapalić się na samą myśl, że dotarliśmy i macamy, macamy własnymi rękami.

Całe życie oglądając filmy, seriale, teledyski, zdjęcia ze Stanów zastanawiałam się, czy tam jest tak naprawdę. Teraz już nie muszę. Wiecie jak fajnie ogląda mi się teraz amerykańskie seriale, kiedy łapię nieśmieszne wcześniej żarty albo jak bardzo się podniecam faktem, kiedy pada nazwa jakiejś małej miejscowości, a ja wiem, wiem gdzie to jest! Kiedy przyjechałam do domu z lotniska w telewizji leciał jeden z westernów Johna Forda. Spojrzałam na ekran i od razu poznałam – Monument Valley. Ja też tam byłam i nawet bawiłam się (sama ze sobą, a jakoś nie czuję się żałośnie) w szeryfa. Nie wiem, czy ktokolwiek uwierzy w moje polecenia po tym wstępie, w którym oświadczyłam, ze podobało mi się wszystko, ale…zresztą sami zobaczcie. Można trasę objechać swoim autem, ale nie polecam, jeśli macie zwykłe auto osobowe, bo ja się zagrzebałam w piasku i musieli mnie ludzie z tarapatów ratować. Na szczęście jestem samotnie podróżująca kobietą, więc zawsze ktoś zechce pomóc.IMG_4635

Monument Valley leży na terenie należącym do plemienia Navajo (wskazówka praktyczna: nie honorują karty rocznej do parków narodowych) i jest to największy rezerwat w Ameryce Północnej. Wciągnęłam się w temat Indian, ich kultury, historii i wierzeń i kiedy odwiedzałam ten park zależało mi bardzo na porozmawianiu z kimś, kto wychowywał się w rezerwacie. Nie ma jednak dostępu do centralnego miejsca, w którym żyje plemię, a w Monument Valley przeważają oczywiście turyści. W okolicznych miasteczkach można obserwować uwspółcześnione osiedla Indian, ale obraz ten jest dosyć smutny – dużo rozpadających się domów, zaniedbanych gospodarstw. Na parkingu w drodze powrotnej zaczepiło mnie kilku przedstawicieli plemienia, którzy próbowali wyłudzić ode mnie pieniądze na alkohol. “Ja jestem człowiekiem Navajo. Ja jeżdżę na koniu, a Ty jesteś bogata. Daj mi 5 dolarów”. Nie tak sobie wyobrażałam kontakt z tą kulturą. Wyjechałam stamtąd trochę niepocieszona, zaczytując się w książce o legendach i mitach amerykańskich plemion, myśląc, że już nigdy nie usłyszę ich ze źródła.

W Arizonie moja hostka zabrała mnie na kolację do swoich znajomych z Arabii Saudyjskiej, którzy poczęstowali nas sziszą. Ten wspólny rytuał palenia tak mi się spodobał, że prawie całą noc przesiedziałam na balkonie, rozmawiając z ludźmi. Złapałam dobry kontakt z jedną dziewczyną i przegadałyśmy pół nocy o jej chłopaku, z którym niedawno zerwała (nam się wydaje, że jesteśmy tacy od siebie różni, a jakoś wszyscy mamy te same problemy). Po kilku godzinach dopiero zaczęłyśmy rozmawiać o tym, skąd jesteśmy, co robimy. I nagle ona wyskakuje: ja jestem z plemienia Navajo! Chyba jakiś bizon zaczarowany mi ją zrzucił z nieba. Przegadałyśmy drugie pół nocy o tym, jak spychana na bok jest kultura rdzennych Amerykanów w Stanach i niestety moje obawy się potwierdziły. Kilka raz mnie to uderzyło, że kiedy próbowałam się dowiedzieć czegoś więcej o wydarzeniach z tym związanych, nikt nic nie wiedział. Nadaremnie zjeździłam parę kasyn, szukając tzw. pow wow (tutaj znajdziecie piękne zdjęcia), czyli tanecznych występów plemion. Nie wiecie, jaki był mój żal, kiedy owa koleżanka zadzwoniła do mnie, kiedy byłam już w Kalifornii z zaproszeniem na jedną z takich uroczystości! Jeśli wrócę do Stanów, to będzie rzecz, w której po prostu muszę uczestniczyć i polecam Wam wziąć to pod uwagę przy tworzeniu własnych list “must see america”.

IMG_4488IMG_4495IMG_4514IMG_4515IMG_4521IMG_4543 IMG_4546 IMG_4548 IMG_4613 IMG_4614 IMG_4617 IMG_4627 IMG_4630 IMG_45629

Parada Równości w San Francisco

IMG_5404

Do San Francisco przyjechałam w czwartek i okazało się, że w niedzielę odbędzie się w tym mieście Parada Równości. Miałam w planach jechać dalej już w sobotę, ale jak można przegapić tak legendarne wydarzenie w miejscu, które uchodzi za stolicę walki o równouprawnienie? Tęczowa flaga, które jest międzynarodowym symbolem ruchu LGBT została zaprojektowana na potrzeby parady w San Francisco. Zostałam, chociaż musiałam spać w bardzo podejrzanym motelu, bo miasto było przepełnione. Już kiedyś pokazywałam Wam, jak wygląda Marsz Równości w Reykjaviku, który jest po prostu rodzinnym festynem, podczas którego mieszkańcy celebrują to, że każdy z nas jest inny. Islandia pokazała mi, że można inaczej. Pozytywnie, kolorowo, z uśmiechem na twarzy.

IMG_5349IMG_5367 IMG_5368IMG_5375IMG_5378IMG_5382IMG_5388 IMG_5392 IMG_5394IMG_5396 IMG_5403 IMG_5415 IMG_5420 IMG_5426IMG_5431IMG_5432 IMG_5434 IMG_5439 IMG_5448IMG_5452 IMG_5459 IMG_5462 IMG_5469 IMG_5481 IMG_5486IMG_5488IMG_5490 IMG_5492 IMG_5494 IMG_5501 IMG_5502 IMG_5504 IMG_5515IMG_5518 IMG_5521 IMG_5524 IMG_5525 IMG_5528telefonusa 204

Jak żyć? W dwóch miejscach jednocześnie

IMG_3412

Jest taki film “Szkoła uczuć”, z którego zapamiętałam bardzo dokładnie jedną scenę. Nawet znalezienie tego tytułu było ciężkie, bo za nic nie mogłam sobie przypomnieć ani aktorów, ani fabuły. Główny wątek to miłość chłopaka do chorej na białaczkę dziewczyny. Próbując zdobyć jej serce, stara się spełnić życzenia z jej listy marzeń. Jednym z nich było “bycie w dwóch miejscach jednocześnie” i zrealizował to przez zabranie jej na granicę dwóch stanów. Ja już byłam na styku dwóch kontynentów, ale nie odmówiłam sobie tej przyjemności również w Stanach. Posiedziałam trochę w dziurze między Nowym Meksykiem a Kolorado.

Jakbym miała do wyboru jedną supermoc, to chyba zdecydowałabym się na to, aby móc być w dwóch miejscach jednocześnie. Myślę o tym od czasu do czasu, kwalifikując to czasami jako negatywny skutek podróżowania. Zakochujemy się w niektórych miejscach i już zawsze będziemy do nich tęsknić. Myślałam o tym intensywnie dzisiaj, spacerując wzdłuż oceanu, jak bardzo będzie mi brakować Islandii, kiedy wrócę do Polski. Ile jeszcze może być takich miejsc, w których będę się czuła jak w domu? To mnie trochę przeraża, bo czasami mi się wydaje, że ja już nigdy nie będę chciała zasiąść w jednym miejscu. Że jak wrócę do Polski, to będę myśleć o przeprowadzce gdzieś indziej albo z powrotem tutaj. Moim największym zmartwieniem jest to, że przyjdzie dzień, w którym będzie mnie stać na kupno mieszkania, bo wtedy będę musiała zdecydować, w którym mieście i kraju. Zastanawiam się, czy taki stan mija. Może pewnego dnia obudzę się i pomyślę, że chcę w tym miejscu już zostać na zawsze. Tylko, że ja już mam takie miejsce. Mam ich kilka i to jest mój problem. Ludzie nie podróżujcie za dużo. W dupie się od tego przewraca.

Dzisiaj się budzę i już nie kocham Islandii. Już chcę być w Kolorado.

IMG_3407IMG_3517IMG_3520IMG_3514IMG_3472IMG_3424

Kalifornijski ogród

IMG_4864

To jest jedna z tych rzeczy, które najbardziej kocham w podróżowaniu. Czasami dzieje się coś, czego nigdy bym sama nie wymyśliła i trafiam do miejsc takich jak ten kalifornijski ogródek pewnej uroczej Chinki i jej męża- emerytowanego komendanta policji w Los Angeles, a zabierają mnie na niego dwie Tajki. Koleżanka dała mi namiar do gościnnego Amerykanina, u którego nocowała rok wcześniej, a jego żona zabrała mnie na imprezę przy basenie (jakie to amerykańskie!) ze swoimi koleżankami. Gdyby ktoś powiedział mi dwa lata temu, kiedy wyglądałam znudzona przez okno na szare ulice, że za jakiś czas będę jadła krewetki na imprezie basenowej w Kalifornii i uczyła się, jak w tradycyjny sposób wiązać chustę na biodrach, nie uwierzyłabym. Ten post będzie nie o ludziach jednak, ale o roślinach, których hodowla jest pasją mojej uroczej gospodyni, a której ogródek bardzo mnie zafascynował, chociaż ogrodnictwo nie leży w obszarze moich zainteresowań. Nie wiedziałam nawet, że jest tyle odmian kaktusów, a niektóre są ta śmieszne i kochane, że oko się uśmiecha od samego patrzenia na nie.

IMG_4776IMG_4772IMG_4774IMG_4767IMG_4789IMG_4840IMG_4853IMG_4858IMG_4850

IMG_4769

IMG_4778

IMG_4782

IMG_4784

IMG_4800IMG_4814IMG_4790IMG_4824IMG_4811IMG_4828IMG_4803IMG_4839IMG_4845IMG_4868IMG_4879IMG_4792

Ameryka – kraj, z którego pochodzą moje Barbie

279170_2234911279292_214331_o

Kojarzycie ten moment w filmach, kiedy bohater chce powiedzieć coś ważnego i zaczyna od historyki z dzieciństwa? Otóż…Kiedy byłam małą dziewczynką nie zastanawiałam się za dużo nad tym, że urodziłam się w innym kraju. Moje życie nie różniło się specjalnie od tego, które wiodły moje rówieśniczki. To było jeszcze w czasach, kiedy nie było internetu, więc zazwyczaj cały dzień spędzałam przed blokiem i w domach znajomych. Nie było gier komputerowych ani dużego wyboru na półkach z zabawkami. Kiedy bawiliśmy się w sklep, wykorzystywaliśmy patyki, kamyki, piasek i liście. Graliśmy w zbijaka, policjantów i złodziei oraz chowanego, a cały mój świat to było podwórko mojego bloku. Ameryka była dla mnie odległym, prawie nierealnym krajem, który kojarzył mi się głównie z jednym.

Lalki Barbie. Wspomniałam Wam, ze nie różniłam się niczym od innych dzieci. Oprócz tego, że byłam jedyną dziewczynką w okolicy, która miała oryginalne lalki Barbie. Nie jedną, nie dwie, ale z dwadzieścia. Barbie na rolkach, barbie w ciąży, barbie księżniczka…Do tego oczywiście cały domek z mebelkami, garażem i kilka samochodów, aby Ken mógł wozić mnie na przejażdżki. Możecie sobie wyobrazić, że miałam wtedy dużo koleżanek. Zabierałam wszędzie te lalki, chociaż z całym ekwipunkiem zajmowały ze trzy reklamówki. Tak je kochałam.

W dzieciństwie Stany to było dla miejsce, w którym powstają Barbie. I takie były moje pierwsze piękne rozważania na temat kraju, w którym się urodziłam. Kiedy udałam się w Colorado na wyprzedaż garażową i zobaczyłam ją, leżącą między innymi gratami, wiedziałam, że to będzie jedna z najcenniejszych pamiątek, jakie przywiozę z tej podróży, a ten moment był dla mnie równie podniosły jak stanie oko w oko z Wielkim Kanionem. W końcu tu dotarłam. Jestem w kraju, z którego pochodzą moje Barbie.

IMG_3567IMG_3571IMG_3572IMG_5283IMG_3805

A tak wygląda wyprzedaż garażowa:IMG_3521IMG_3523IMG_3526IMG_3527IMG_3528

W co się ubrać na spotkanie z wulkanem?

10571946_569425626495965_8065792901592519631_oCzłowiek może sobie wkręcić różne rzeczy. Na przykład, że kiedy siada przed komputerem i coś pisze, to wygląda jak Carrie Bradshaw i że wszystkie problemy rozwiążą się pod koniec odcinka, a wraz z pomyślnym zakończeniem przyjdzie zgrabna fraza podsumowująca całą sprawę. Jak Carrie pisałabym o Islandii? Jak połączyłaby tematy damsko-męskie z wybuchającym wulkanem? Czy utrzymałaby się na szpilkach przy tym silnym wietrze? Co założyłaby na spotkanie z wulkanem?

Mieszają mi się kraje, które odwiedziłam z krainami, które wymyśliłam i obrazami stworzonymi przez innych. W mojej głowie powstał inny świat, a w nim poprzesuwałam granice i pozamieniałam punkty na mapie. Ludzie, którzy żyją zza oceanem zostali załadowali na łódkę i przetransportowani w miejsce, w którym teraz jestem. Kraków znalazł się na innej szerokości geograficznej niż dotychczas, ale może nikomu nie będzie przeszkadzać, bo bezpieczna odległość od Warszawy została zachowana. Nie można się dłużej zwodzić chęcią poznawania świata, jak podróże przydają mi się głównie po to, aby tworzyć własną krainę. Taką właśnie, w której wulkan i Carrie żyją w symbiozie i nie dziwi nikogo ich bliskość.

Wiecie, że są poszukiwani uczestnicy do programu zasiedlenia Marsa? Lecisz w kosmos i jesteś pierwszym mieszkańcem tej planety, ale nie ma z niej już nigdy powrotu na Ziemię. Fascynuje mnie to, co myślą ludzie, którzy się na to zdecydowali. Oni dopiero mają silną potrzebę budowania wszystkiego od zera. A ja już nie zaczynam od początku. Ja dodaję, mnożę i dzielę, ale nic już nie odejmuję. Za dużo mam wartościowego materiału, żeby być na minusie. W głowie mam swoje wirtualne osiedla, które mogę zwiedzać za każdym razem, kiedy miejsce, w którym jestem wydaje mi się szare. Jak bardzo potrzebna mi jest w nim gorąca lawa! Będę nią zasilać całe moje ukryte miasto i nikt nie dostanie rachunku za prąd, który niszczy marzenia Carrie o nowych szpilkach. Tym co mnie teraz zajmuje najbardziej jest kombinowanie, jak dostać się w rejony, z których można cokolwiek zobaczyć. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że Reykjavik jest dość daleko od  Bár?arbungi, a drogi dojazdowe zostały pozamykane. Na razie wstęp mają tylko naukowcy i dziennikarze, a wycieczka na własną rękę może być naprawdę niebezpieczna. Póki co podglądam przez kamerkę  i kolekcjonuję zdjęcia. Jarajcie się ze mną.

wulkan1wulkan2wulkan3

 Jar?vísindastofnun Háskólans

Gos í HoluhrauniGos í Holuhrauni

mbls

10662000_792238487494113_7666724538729263317_o10547938_792238490827446_8835391828125554399_o

Gisli Dua

Zbrodnia i Kara

e8d44e187b406c2441fe338092708e1c

Na liście moich przeżyć w Stanach były różne rzeczy: tanie motele, kawa w przydrożnym barze, kino samochodowe, wyprzedaż garażowa, prom, zdanie prawka. Niektóre już Was zdążyłam opisać, inne wciąż są zamknięte w folderach i czekają aż je łaskawie kliknę (to ich słowa, nie moje). Jedne były trudniejsze w realizacji, inne stały się moją codziennością. Rzeczywistość, którą znałam głównie z filmów nagle otoczyła mnie i wciągnęła tak szybko, że zanim się nie spostrzegłam jadłam, piłam i robiłam to, co bohaterzy moich ulubionych seriali. Pięknie, ładnie i kolorowo, ale przecież Stany mają swoją mroczną stronę, prawda? Złoczyńcy, mordercy, wojny gangów i skorumpowani policjanci. Filmy i seriale na temat zbrodni można by wymieniać w nieskończoność (zapraszam z wyliczaniem się do komentarzy). U mnie na tapecie obecnie “Twin Peaks”, które zaczęłam oglądać przed wyjazdem, ale musiałam przerwać tylko dlatego, że za dużo niepokoju we mnie wprowadzał, a nie było skazane, żeby brać ze sobą tę emocję w samotną podróż. Jak szukałam pozytywnych aspektów tego, że moja podróż dobiega końca, to myślałam “ale w końcu będę mogła skończyć “Twin Peaks”. Przeżywanie tego, co dzieje się na ekranie nie jest jednak tym samym, co własne przygody. Nie spotkałam seryjnego mordercy, ani nawet zwykłego kieszonkowca, więc na podstawie tego nikt nie nakręciłby hitu kinowego z krwią w intro. Nie snułam się w ciemnej części Ameryki, ale było parę sytuacji, w których wczuwałam się w rolę czarnych charakterów, a zaczęło się już na wstępie.

Nielegalny pobyt w Europie

Zanim jeszcze stanęłam na płycie Chicago O’Hare chwila grozy nastąpiła na innym lotnisku – we Frankfurcie. Podeszłam do odprawy paszportowej i uśmiechając się, podałam panu mundurowemu swój amerykański paszport. Pan zamiast się uśmiechnąć do mnie też, zapytał

– Gdzie jest wiza?

– Jaka wiza ? Nie rozumiem?

– Ile przebywa już pani w Europie?

– Yyyyy…jakieś 26 lat?

– Obywatele amerykańscy mogą przebywać na terenie Europy bez wizy do 3 miesięcy, więc przebywa tu Pani nielegalnie.

– Ale ja mam też polskie obywatelstwo…

– Proszę pokazać dowód.

– Nie mam przy sobie…

Trochę musiałam się potłumaczyć z całego swojego życia, ale na szczęście zostałam wpuszczona na pokład samolotu i przestrzeżona, że nie mogę podróżować bez wszystkich dokumentów. Tyle się mówi o Polakach, którzy nie mogą dostać wiz do Ameryki i nigdy nie myślałam o drugiej stronie. Poznałam paru Amerykanów, którzy chcieliby mieszkać w Europie, ale musieli wrócić, bo mieli problemy wizowe. Zdobycie polskiego obywatelstwa jest możliwe tylko jeśli ma się przodków z tego kraju. W Stanach każdy może się o nie ubiegać. Kto jest bardziej restrykcyjny w tej kwestii?

Sfałszowane dokumenty

W Chicago postanowiłam zdać prawko i wyrobić sobie dowód, więc miałam komplet dokumentów i nimi posługiwałam się w Stanach. Parę osób mnie postraszyło, że jak będę podróżować w okolicach granicy z Meksykiem na polskim prawku i z amerykańskim paszportem, to mogę wzbudzić podejrzenia policjantów. Z prawkiem miałam też zniżkę na ubezpieczenie samochodu. Zresztą skoro mam się bawić w Amerykankę, to niech to będzie oficjalne. Zdarzało mi się, że ludzie dość dokładnie sprawdzali moje dokumenty. Najczęściej w motelach, gdzie najpierw zaczyna się od rozmowy (słyszą mój akcent), a potem wyciąga się dokumenty. Tani motel, samotna dziewczyna, rosyjski akcent, amerykańskie prawko…

Rosyjski szpieg

telefonusa 007

Mój przyjazd do Stanów zbiegł się z napiętą sytuacją na Ukrainie. Skoro jestem z Polski, to muszę być w tej kwestii ekspertem. Odpowiedziałam na setki pytań związanych z Putinem i wojną. Ludzie słysząc mój akcent, zazwyczaj zgadywali, że jestem z Rosji. Seria podejrzliwych spojrzeń i pytań o moje prawdziwe pochodzenia zainspirowała mnie do wejścia w skórę rosyjskiego szpiega. Używałam tego w sytuacji, kiedy nie chciałam do końca ujawniać skąd i jestem i co ja tu robię, a szczególnie, że jestem bezbronną dziewczyną, podróżującą przez Amerykę. Jasne, że ludzie reagowali śmiechem, ale… ja sama sobie wierzyłam i to mi wystarczyło.

Zabawy z bronią

Jak na prawdziwego szpiega przystało, musiałam się oswoić z bronią palną. Miałam nawet filmik ze szkolenia, ale jest z nim jakiś problem i już drugi raz nie mogę go zmontować. Udało mi się uratować tylko niewyraźne obrazy, ale mogę Wam powiedzieć, że darłam się jak głupia. Trzymanie spluwy w ręce to taka mieszanka niesamowitej siły i strachu.

bang1bang2bang3

Mandaty, kradzieże

Potem już było tylko gorzej. Wiecie, jak już ktoś skosztuje życia na krawędzi, to zawsze będzie mu brakować tej adrenaliny. W Teksasie nie wytrzymałam widoku ludzi w supermarketach z bronią przy pasku i popełniłam przestępstwo! Przeszłam przez tory kolejowe w niedozwolonym miejscu, a za te zabawy z prawem zapłaciłam 120 dolarów.

telefonusa 070

Myślałam, że kogoś zabiję za to, ale  nie mogę Wam powiedzieć, czy to zrobiłam czy nie. Jestem dobrym szpiegiem i mordercą też. Dodatkowe umiejętności liczą się na każdym rynku pracy. Powiem Wam tylko, że gdybym to zrobiła, zakopałabym ciało na pustyni, a współrzędne zakodowała w losie loteryjnym (ktoś oglądał “Breaking Bad”?).

telefonusa 238

Przyznam się szczerze, że miałam zamiar nie płacić tego mandatu, ale jak się okazało, w Stanach bardzo poważnie podchodzą do takich spraw i za brak uiszczenia opłaty mogą wystosować nakaz aresztowania. Nikt by mnie nie ścigał przez pół Ameryki za ten jeden mandacik, ale jakby policja w innym stanie zatrzymałaby mnie za jakieś wykroczenie albo na zwykłą kontrolę, to idę do aresztu. Także tego, aż takim ryzykantem to ja nie jestem. W dzień, w którym spłaciłam karę, dostałam drugi mandat. Los chyba chciał, abym była kryminalistką na pełny etat. Nie ma czystej kartoteki. Dokładnie tego samego dnia dokonałam kradzieży, wynosząc ze sklepu z pamiątkami magnes na lodówkę, o który poprosiła mnie przyjaciółka. Myślami byłam wtedy gdzieś w Polsce i zapomniałam podejść do kasy. Po prostu wyszłam ze sklepu, obracając magnesem w ręce i uśmiechając się do pana ochroniarza. Tak to się robi amatorzy!

Szemrane towarzystwo

Podejrzanych ludzi spotykałam głównie w dwóch miejscach – w motelach i autobusach. Na ulicy jesteś w stanie szybko się ulotnić, gdy zbliża się do ciebie grupka gangsterów, ale co masz zrobić, jak ktoś taki siada na siedzeniu obok? Trzeba się zaprzyjaźnić. Dzięki temu nauczyłam się slangu i poznałam kilka ciekawych historii. W motelach było podobnie. Obracasz się, a za tobą stoi pan z prostytutką i chcą wynająć pokój na godzinę. Towarzystwo godne kryminalistki, mówię Wam. Najwięcej czasu w towarzystwie kryminału, mimo bycia takim hardkorem, spędziłam, oglądając serial “Orange is the new black” na pokładzie samolotu w drodze do domu.

640px-S1Cast

Poleca zdegenerowana Kara Boska

Camping w Yellowstone

8589130497663-yogi-bear-wallpaper-hdMiś Yogi to była jedna z głównych bajek, które od małego kształtowały moje postrzeganie Stanów. Każdy oglądał i wie, że akcja rozgrywa się w konkretnym miejscu – na terenie parku Yellowstone. Nie mogłam ominąć tego miejsca, szczególnie, że bajkę tę kocham nie tylko za miejsce akcji, ale także za jej głównego bohatera, który uczy tego, aby się nigdy nie poddawać.1311066769_by_GienekBenekFranekIZenek_600

Często słyszę pytanie o to, czy Ameryka jest taka jak na filmach? Myślę, że znamy ten kraj jak żaden inny, nawet jeśli nigdy tam nie byliśmy. Wpływ amerykańskiej popkultury jest tak silny, że każdy z nas ma swoje wyobrażenie o tym miejscu. Odpowiedź na to pytanie brzmi: tak i nie. Niektóre rzeczy są mitami utrwalanymi przez telewizję, ale miałam kilka takich momentów, że czułam się jak w filmie. Yellowstone był jednym z takich miejsc, mimo że znałam go głównie z kreskówki.

telefonusa 129

Miś Yogi był postacią drugoplanową w kreskówce Pies Huckleberry, ale spodobał się publiczności i dostał pełny etat. Sympatyczny miś i jego kompan Boo Boo nieustannie graję ze Smithem w tą samą grę – jak złamać zasady. Zobaczyć niedźwiedzia na żywo to było dla mnie niesamowite przeżycie. Kocham zwierzęta i jakiś czas temu obiecałam sobie, że będę je oglądać tylko w warunkach naturalnych. Oglądanie zwierząt zamkniętych w klatach nie jest dla mnie rozrywką, a wręcz przeciwnie. Prawdziwą radością jest dla mnie zobaczyć dzikiego misia, który zdecydował się wynurzyć na chwilę z lasu. IMG_4022IMG_4023

Właściwie to na tych zdjęciach jest Boo Boo. Duży niedźwiedź wyskoczył mi przed maskę samochodu, przeszedł na drugą stronę ulicy i zniknął za górką. To stało się tak szybko, że nie wiedziałam, co się dzieje, ale wspomnienie tego momentu, kiedy to ogromne zwierzę spojrzało mi prosto w oczy, do dzisiaj przyprawia mnie o dreszcze. Podobno miałam ogromne szczęście, że je widziałam, bo znam osoby, które mieszkają niedaleko parku i nigdy nie udało im się zobaczyć niedźwiedzia. To nie jest tak, że wjeżdżasz do parku, a one wyskakują z każdego krzaka, aby ci się zaprezentować. Najlepiej zapytać strażnika, gdzie są największe szanse na to spotkanie. Najważniejsza jest pora, gdyż w ciągu dnia jest za duży ruch. Ja zamarzałam w nocy, więc już o 4 zaczęłam swoją wycieczkę po parku, najpierw zaliczając piękny wschód słońca, a potem spotykając dwa misie, więc chyba ta pora jest najlepsza. Jak widzisz, że większa grupa ludzi stoi przy drodze i patrzy się w krzaki, to na pewno jest tam jakieś zwierzątko. Trzeba pamiętać o ostrożności. To są dzikie zwierzęta, które mogą próbować bronić swojego terenu, jeśli zbliżymy się za blisko. Nie można trzymać jedzenia w samochodzie czy namiocie, bo misie buszują nocami na terenie kampingu, a zapach jedzenia przyciąga je z bardzo daleka. Podkradanie jedzenia przez misia Yogi nie jest w niczym przesadzone. Specjalne patrole jeżdżą nocą po terenie biwaku, aby odstraszać głodomory. Wyobraźcie sobie, że głodny niedźwiedź wpada do namiotu, szukając przekąski. IMG_3968

Nocleg na terenie parku narodowego to średni koszt 25 dolarów, ale w niektórych parkach trzeba robić wcześniejszą rezerwację. Ja kończyłam swoją wycieczkę na początku sezonu, więc były jeszcze wolne miejsca, ale wiem, że może być z tym problem. Rezerwacji dokonałam tylko w Yosemite i zrobiłam to na tej stronie. Na terenie parku jest kilka kampingów, więc możemy sobie zaplanować, w którym miejscu chcemy spać. Yellowstone zajmuje powierzchnię 9 tysięcy km?, także nawet pobieżne zwiedzanie zajmuje minimum 2 dni. W cenie dostajemy miejsce na samochód, namiot i stoliczek. Jeśli planujemy do parku dotrzeć późnym wieczorem, to najlepiej zarezerwować nocleg online, a wyznaczone miejsce będzie na nas czekało, nawet jeśli strażnicy pójdą już do domu. Rano tylko wrzucamy karteczkę z numerem do specjalnej skrzynki i można jechać dalej.IMG_3955IMG_3961IMG_3958IMG_3966Ja spałam w aucie, bo nie miałam namiotu, a poza tym nie czułabym się w nim bezpiecznie sama. W Yellowstone przespałam może z godzinę, ale głównie dlatego, że było tam bardzo zimno.

IMG_3952

Zanim zrobiło się ciemno zdążyłam poczytać legendy Amerykańskich Indian i jako, że byłam w królestwie natury, wybrałam rozdział o przyjaźni ludzi ze zwierzętami. Wierzenia tej grupy są chyba jednymi z nielicznych, którzy właściwie nie skupiają się na bóstwach, ale na tym co wokoło nas. Oni wierzą, że wszystko na ziemi jest ze sobą połączone, dlatego musimy żyć w harmonii z naturą. IMG_3949IMG_3934IMG_4005IMG_4107IMG_4097telefonusa 117IMG_3915IMG_3905IMG_4012

A oto wschód słońca w YellowstoneIMG_3969IMG_3981IMG_3987IMG_3991IMG_3993IMG_3996IMG_4030

Przed wyjazdem ktoś powiedział mi, że Yellowstone jest przereklamowane. Na pewno jest tam dużo turystów i trzeba się na to przygotować, ale nie bez powodu jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Stanach. Na terenie parku znajdziecie tyle tak różnych od siebie krajobrazów, że ciężko czasami uwierzyć, że jest się ciągle w tym samym kraju. Momentami miałam wrażenie, że jestem na Islandii, a czasami czułam się jak w Turcji. Jedno miejsce piękniejsze od drugiego. Nie będę się powtarzać z przewodnikiem, bo zwiedzałam zgodnie ze wskazówkami portalu Interameryka i uważam, że ten sposób jest najlepszy na krótki wypadku do parku. Polecam tę stronę na jakiekolwiek wycieczki po Stanach, bo jest napakowana dużą porcją praktycznych informacji.

IMG_3885IMG_3897IMG_4156IMG_3935IMG_4078IMG_3918IMG_4041IMG_4068IMG_4048IMG_4055IMG_4058IMG_4075IMG_4126IMG_4141

Dlaczego podróżujesz sama?

IMG_3863

Próba zrobienia ładnego zdjęcia na tle gór, Grand Teton, Wyoming

Kilka dni temu wrzuciłam moje nieudane selfie na fejsbunia i Art zapytał mnie w komentarzu, dlaczego właściwie podróżuje sama. Pytanie dotyczące podróżowania w pojedynkę słyszę chyba najczęściej, więc postanowiłam zawrzeć swoją odpowiedź w tym wpisie i rozbudować temat o inne aspekty tego zagadnienia. Pamiętam, jak kilka lat temu oglądałam wywiad w telewizji z aktorkami, które jeżdżą po świecie w pojedynkę i myślałam sobie, że on muszą udawać, że im się to podoba, bo to po prostu niemożliwe. Rozumiem więc każdego, kto ma takie podejście, ale to jest chyba jedna z tych rzeczy, których trzeba po prostu spróbować, aby się przekonać. Druga sprawa, że albo to kochasz albo nienawidzisz.

telefonusa 205

Ja i grupa golasów. San Francisco, Kalifornia.

Dlaczego podróżuje sama?

To nie jest tak, że podróżowanie w pojedynkę jest moją misją, ostatecznym postanowieniem, którego będę się trzymać za wszelką cenę. Priorytetem jest dla mnie podróż, a dopiero potem, jak i z kim. To już chyba takie uzależnienie, wewnętrzna potrzeba, która każe ci uciszyć głód, niezależnie od tego, w jaki sposób to zrobisz. Dopiero kiedy zaczęłam podróżować zrozumiałam, że naprawdę nie potrzebne ci jest nic oprócz tej ogromnej chęci zrobienia czegoś. Nie jest to prawda objawiona, bo wszyscy wokoło powtarzają “jeśli czegoś bardzo chcesz…”, ale dla mnie to jest coś więcej niż chęć. To jest ten moment, w którym chęć zaczyna być wewnętrznym przymusem. Kiedy nie ma innych opcji, a przynajmniej Ty ich nie widzisz. Albo to zrobisz, albo po tobie. Nie znajduję lepszego porównania jak nałóg. Czy narkoman znajdzie wymówkę, aby nie dać sobie w żyłę? On zrobi wszystko, aby skołować działkę. Czy on się zastanawia: dać sobie w żyłę samemu czy z kimś? Nie, on myśli tylko o tym, jak osiągnąć cel. Ja mam tak samo i myślę, że wiele osób podróżujących zgodzi się ze mną. Dlatego tak męczące są pytania o finansowanie podróży, które słyszy się na chyba każdej podróżniczej prezentacji. Ludzie, patrzcie na nich jak na ćpunów  – zrobią wszystko, aby na te podróże zarobić – a wtedy przestaniecie pytać, skąd wziąć na to pieniądze. Ja miałam do USA jechać z kimś, ale miesiąc przed dowiedziałam się, że ta osoba nie może mi towarzyszyć i mimo, że sytuacja trochę się skomplikowała, ani przez chwilę nie pomyślałam, aby zrezygnować z wyjazdu. To nie jest desperacja, to jest determinacja.

IMG_3421

Maska samochodu jako statyw cz.10, Colorado

Druga sprawa to kwestia osobowości i jeśli chcesz się wybrać w taką podróż, to naprawdę musisz się głęboko zastanowić, czy Ty się do tego nadajesz. To jest motywujące, że inni tego dokonali i pewnie dasz sobie radę, ale czy będziesz w tej podróży szczęśliwy? Są rzeczy, które weryfikują się w trakcie, ale podstawowe sprawy można przeanalizować na miejscu. Ja jestem introwertykiem, a co za tym idzie, dla mnie 3 osoby to już tłum. Kiedyś udawałam, że duże imprezy i posiadanie miliona znajomych to mój żywioł, ale po latach doszłam do wniosku, że lepiej się czuję w mniejszych grupach lub sam na sam z książką. Dla mnie samotność nie jest problemem, a wręcz napędza mnie do tworzenia i uruchamia moją kreatywność. Ja, gdybym pojechała w taką podróż z grupą znajomych, to pewnie skończyłabym w psychiatryku, ale jeśli jesteś ekstrawertykiem i ładujesz swoje baterię, spędzając czas z ludźmi, samotna podróż może być męczarnią. Moim zdaniem przed tak długą wyprawą, trzeba się bardzo dobrze zastanowić nad osobą, z którą się w nią wybiera. Czy jesteś w stanie spędzać z nią 24 godziny na dobę? Czy macie podobny pomysł na zwiedzanie? Ta podróż była dla mnie bardzo osobista i miała być moim alternatywnym życiem w Stanach, gdybym się tam urodziła. Rezygnowałam z niektórych atrakcji turystycznych na rzecz doświadczania codzienności i skupiałam się na swoich osobistych odczuciach. Jeśli ma się tak konkretny plan na dane miejsce, to człowiek nie chce iść na kompromis. Nie po to tu przyjechałam, aby rezygnować ze swoich planów. Samotna podróż daje ci wolność wyboru: drogi, miejsca, aktywności. I znowu jesteś ćpunem – chcesz mnie wszystko dla siebie. Jestem teraz ze znajomymi na Chorwacji i mam przyjemność z tego wyjazdu, ale to jest zupełnie inny rodzaj podróży oraz inny jest też jej czas.

IMG_2066

Samotność a kreatywność. Muzeum Historii Naturalnej, Chicago.

Czy Ty się nie nudzisz sama? Czy nie przeszkadza ci to, że nie masz z kim dzielić pięknego widoku?

IMG_4702

Piękny widok dzielę sama ze sobą, a za nieudane zdjęcie tym razem odpowiedzialny jest przypadkowy przechodzień, Wielki Kanion.

Tak jak wspominałam – wszystko zależy od typu osobowości. Ja zazwyczaj pracuję sama, piszę w samotności, a najlepsze pomysły wpadają mi do głowy właśnie w takich chwilach. Nie przeszkadza mi to, że nie mam się do kogo odezwać przez kilka godzin, a jak już zaczyna, to po prostu gadam do siebie. Nie jestem żadnym odludkiem. Nie lubię poznawać nowych ludzi, to prawda, ale uwielbiam poznawać ciekawych ludzi. I prawda jest taka, że w podróży solo poznaję się tych ludzi mnóstwo. Już to powtarzałam kilka razy przy różnych okazjach, ale to było moje największe odkrycie i zaskoczenie tej wyprawy. Pamiętam, że przed wyjazdem planowałam przeczytać 20 książek i napisać chociaż ze dwie. Starałam się ograniczyć do minimum noclegi w motelach, więc spałam u rodziny, znajomych, znajomych znajomych, couchsurferów, a ci ludzi towarzyszyli mi na co dzień, więc jak się nad tym zastanowię, to mniej czasu spędzałam sama ze sobą niż na co dzień w Polsce. Czasami było tak, że mój gospodarz szedł w dzień do pracy, a ja włóczyłam się sama po mieście, ale wieczory spędzaliśmy razem. Gdy trafiałam do kogoś na weekend, to zazwyczaj ta osoba poświęcała mi cały swój czas. Zdarzało się, że osoba, która odwiedzałam nie pracowała albo miała urlop. Różnie z tym wspólnie spędzonym czasem bywało, ale miałam to szczęście trafiać na tak cudownych ludzi, że zawsze starali się pokazać mi coś ciekawego w okolicy i zapewnić rozrywki. Bardzo często ten piękny widok dzieliłam z tymi osobami, bliższymi i dalszymi. No i przecież mam Was! Po to założyłam tego bloga, aby dzielić się swoimi przeżyciami z innymi ludźmi i często to Wasze słowa ratowały mnie od popadania w czarną dziurę. Dziękuję za towarzystwo!

I te rozmowy… Spotykałam na swojej drodze tak różnych od siebie ludzi: demokratów i republikanów, gejów i homofobów, białych i czarnych, nielegalnych imigrantów i Rdzennych Amerykanów, ateistów, chrześcijan i mormonów, młodych i starych, rodziny i singli, studentów i emerytów. Moim celem było poznanie kraju, w którym się urodziłam od podszewki. Wystarczająco długo moją opinię o nim czerpałam z książek i filmów. Chciałam się dowiedzieć, jakie jest codzienne życie, co oni sądzą na temat polityki, broni, religii. Jak postrzegają swój kraj i co myślą o Europie oraz jakie są ich prywatne historie. Domyślacie się, że zadawanie takich pytań wiążę się z długimi rozmowami i miałam takich interesujących dyskusji w swojej podróży bardzo dużo. Czasami nawet z przypadkowymi ludźmi, poznanymi w autobusie czy na stacji.

IMG_2710

Familijna fota, Nowy Jork

Z Julią - Rosjanką, która studiuje w Stanach. Flagstaff, Arizona.

Z Julią – Rosjanką, która studiuje w Stanach. Flagstaff, Arizona.

IMG_4876

Z Felicite szybko zbliżyłyśmy się do siebie. Kalifornia.

IMG_4935

Lily uczyła mnie surfować. Los Angeles, Kalifornia.

Z Sheilą spędziłam tylko kilka godzin, ale piszemy do siebie cały czas, Idaho Falls

telefonusa 101

Zwiedzanie miasta z Kylee. Denver, Colorado.

IMG_2102

Z kuzynką w Chicago, Ilinois.

IMG_1757

Z ciocią (kuzynką?) w Bushnell, Ilinois.

IMG_5857

Moja BFF w hajskulu.

telefonusa 054

Z Ofelią na imprezie dla dzieci żołnierzy, Texas.

IMG_2806

Wspólne chodzenie z Joavną, Filadelfia.

IMG_3119

Wspólne picie z chłopakami w Savannah.

IMG_4864

Kolekcjonerka kaktusów w Kalifornii.

IMG_2934

Wspólne grillowanie w Północnej Karolinie.

telefonusa 241

Dzielenie się frytkami z Robertem w Los Angeles.

telefonusa 144

Palenie sziszy w Arizonie.

telefonusa 167

Rozmowy o polityce w Kalifornii.

telefonusa 152

Słuchanie dźwięku nowych instrumentów.

IMG_0513

Próbowanie nowego jedzenia w Chicago.

telefonusa 145

Przypadkowy rozmówca, z którym przegadałam kilka godzin.

To tylko część osób, które poznałam w Stanach i to z nimi spędziłam większość swojego czasu. Teraz żałuję, że nie robiłam zdjęć też osobom, z którymi moja droga przecięła się tylko na kilka godzin w jakimś środku lokomocji, ale którzy prawdopodobnie zaczepili mnie tylko dlatego, że byłam sama. Miejsce koło mnie nigdy nie było zajęte dla konkretnej osoby i właśnie to puste siedzenie jest dla mnie takim symbolem samotnego podróżowania. Czasami siedzisz sam, ale zazwyczaj siedzi ktoś obok, tylko te osoby zmieniają się co jakiś czas, a wraz z nimi historie, które opowiadają. Jeśli chcesz wsiąknąć w dane miejsce, jedź sam.

Czy Ty się nie boisz tak sama?

Jasne, że się boję i już się Wam do tego przyznałam, ale nie jest to na tyle silne, aby mnie powstrzymać od podróżowania. Powodów jest kilka, ale głównie dlatego, że nie jest to uczucie, które towarzyszy mi cały czas. Przed wyjazdem hamuje zazwyczaj ten strach irracjonalny, bo przecież nie wiemy jak tam jest i co nas spotka. Czego się boimy? Boimy się tego, że coś się może stać, ale jeśli po przyjeździe w dane miejsce nic złego nas nie spotyka, to ten strach powoli odchodzi. Tak było w moim przypadku. Po przyjeździe do Chicago parę osób mi mówiło o tym, jakie to jest niebezpieczne i dostałam nawet lekkiego ataku paniki, bo do tej kumulacji negatywnych emocji doszło jeszcze ogólne zmęczenie organizmu po przylocie i zmianie czasu. Najbardziej bałam się więc w miejscu, które było teoretycznie najbezpieczniejsze dla mnie. Jeśli nic złego się nie dzieje, człowiek nie jest w stanie być spięty i bać się non stop. Zwyczajnie zapomina o tym, bo dzieje się tyle dobrych i fajnych rzeczy, że pozytywne emocje zaczynają brać górę. Kolejna ważna rzecz to przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Ja bym się nawet pokusiła o stwierdzenie, że w podróży bardziej dbam o siebie niż w Polsce. Nie chodzę sama po nocy, co zdarzało mi się nie raz w Krakowie czy innym polskim mieście. Jestem ostrożna i każdą sytuację analizuję pod kątem bezpieczeństwa, co dzieje się już właściwie automatycznie. Zawsze miałam przy sobie gaz pieprzowy. Przed zwiedzaniem miast w Stanach dowiadywałam się, których dzielnic powinnam unikać. Rezygnowałam z nocowania u samotnych mężczyzn.

IMG_0191

Nie wiem, o co mi chodziło. Sklep z łóżkami, Ilinois.

Dla mnie czynnikiem niwelującym strach było również…zmęczenie. Czasami trafiałam w autobusach na podejrzane towarzystwo, ale byłam tak padnięta, że miałam ich gdzieś. Kiedy utknęłam w nocy na dworcu autobusowym gdzieś w Teksasie, przysiadła się do mnie grupka młodocianych pseudo gangsterów i zaczęła mnie zaczepiać wybrednymi tekstami. Byłam tak padnięta, że ziewałam im w twarz. Po jakimś czasie dali sobie spokój. Wtedy do mnie dotarło, że jedyne co może zrobić samotna kobieta w takim starciu, to zignorować przeciwnika. Na szczęście nie spotkało mnie nic bardzo niebezpiecznego, ale sprawdziłam wiele razy ten trik i jest dobry na tyle, aby odeprzeć głupie czy agresywne zaczepki samców. Ja za każdym razem jak się znajduję w niepewnej sytuacji to albo zaczynam ziewać, albo udaję, że jestem głucha/nie znam języka. Chamskie pyskowanie w takim przypadku nie wchodzi w grę, bo nigdy nie wiesz, na jakiego świra możesz trafić, bycie miłą zostaje odebrane jako zaproszenie do czegoś więcej, a trzęsienie portkami nakręca jeszcze bardziej. Taki pseudo-gangster zakłada, że się będziesz go bała, ale jak go wytrącisz z tego schematu groźny facet-zlękniona dziewczynka, to sam nie będzie wiedział, jak się zachować. No bo co on może powiedzieć do głuchoniemej albo śpiącej? Prosty trik, ale dzięki stosowaniu go przez 3 miesiące uwolniłam się od sytuacji, w których powinnam się bać. To nie znaczy, że nie mogło mi się coś stać, ale strach a zagrożenie to są dwie różne sprawy, bo ja się bałam wiele razy, a nic złego mnie nie spotkało.

Jak macie jeszcze jakieś pytania, to piszcie na swachta.k@gmail.com. Mam otwartą gorącą linię, a ostatnio nawet do mnie Zbigniew Wodecki zagadał. IMG_3708

#moje noce w tanich motelach

IMG_3687

#Motel

Tani motel to jeden z mocniejszych symboli kultury amerykańskiej. Zatrzymują się tam przestępcy, którzy uciekają przed policją, seryjni mordercy ukrywający swoją tożsamość, prostytutki przyjmujące klientów na godzinę. Chyba wszystkie filmy drogi, opowiadające o Stanach, mają chociaż jedną scenę w motelu. Pierwszy raz zatrzymałam się w miejscu, które nie wyglądało jak klasyczny motel, bo był to bardzo duży budynek w środku miasta, chociaż jeśli chodzi o jego mieszkańców, to na pewno znalazłby się wśród nich ktoś z kartoteką. Ściany były tak cienkie, że musiałam dwa razy wstawać z łóżka, gdyż sąsiedzi poruszali nim, uprawiając seks. W tym czasie zdążyłam zrobić pranie i sałatkę. Pierwszej nocy przestawiłam sejf pod drzwi, aby dodatkowo zablokował wejście. Nie działo się tam nic, co mogło wzbudzać mój niepokój, ale wyobrażenie motelu jako miejsca niebezpiecznego sprawiło, że odkąd przekroczyłam próg pokoju, wmawiałam sobie, że coś się wydarzy. Po kilku wizytach w takich miejscach przestałam się bać, a mój strach pojawiał się tylko, kiedy miałam do tego poważne powody (strzały, krzyki, takie tam). Powiem Wam, że mi tak bardzo nie przeszkadzały syf czy smród (chociaż nie wiem jakim cudem pokoje dla niepalących przesiąknięte są dymem), bo na to w podróży trzeba być przygotowanym. Dla mnie najważniejsza jest obsługa  i uważam, że w takim miejscu liczy się to bardziej niż gdziekolwiek indziej. W Nowym Meksyku spałam w motelu prowadzonym przez hinduską rodzinę, która mieszkała na jego terenie w specjalnej przybudówce i to dawało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Z kolei pod San Francisco nawet recepcjonista sprawiał, że czułam się nieswojo,a  pokoje można było wynajmować na godziny. W tym motelu było jak z filmu – słyszałam strzelaninę, pijana kobieta dobijała mi się w nocy do drzwi i widziałam prostytutki, wynajmujące pokój na godzinę. Klasyk.

#Tani

Nie wzięły się więc znikąd te sceny z filmu, ale jedno jest na pewno przekłamane – przymiotnik “tani”. Pokoje kosztują mniej niż te w normalnych hotelach, a hostele właściwie nie istnieją, ale średnia cena za noc w motelu to 65 dolarów. Najdrożej jest oczywiście w dużych miastach, gdzie nie dość, że płaci się dużo, to jeszcze można wylądować w bardzo złej dzielnicy. Najprzyjemniejsze motele są w miejscowościach turystycznych, oddalonych od dużych miast. Na przykład w południowej części stanu Utah płaciłam po 30-40 dolarów za noc, a moimi sąsiadami byli głównie turyści. Piszę o tym, bo mi też wydawało się, że tani motel to będzie wydatek rzędu 20 dolarów i mocno się zdziwiłam, sprawdzając przykładowe ceny przed wyjazdem. Spotkałam też osoby, które wybierają się do Stanów i planują “a, spać to będziemy w jakiś tanich motelach”. Oczywiście zależy, na ile ktoś się wybiera, ale noclegi (nawet w motelach) to moim zdaniem jeden z najdroższych wydatków w podróżowaniu po Stanach. Cena spada, gdy podróżuje się w dwójkę, gdyż  w motelach nie ma jedynek, więc osoba podróżująca samotnie dostaje pokój z podwójnym łóżkiem i za taki musi zapłacić, niezależnie od tego, ile osób na nim śpi. Ja bardzo ograniczałam ilość noclegów w motelach, również ze względów finansowych, chociaż po jakimś czasie polubiłam te obskurne pokoiki i ich wyjątkową atmosferę.

#Mój

Tani motel już nie kojarzy mi się z przestępczością, chociaż w tej mieszance wspomnień jest jakaś domieszka lekkiej niepewności. W hotelu czujesz się komfortowo i nie myślisz nad tym, gdzie się znajdujesz i czy czasami nie wydarzy się coś niespodziewanego. Miałam świadomość tego, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce dla samotnie podróżującej blondyny, ale powoli zaczęłam je zadomawiać. Tani motel stał się mój. Ponieważ wszystkie te pokoje wyglądają bardzo podobnie, mają ten sam zestaw mebli i urządzeń, za każdym razem czułam się jakbym otwierała drzwi tego samego pomieszczenia. Po jakimś czasie miałam nawet swoje rytuały, a w ciągu jednego dnia byłam w stanie wprowadzić pokój w stan wielkiego bałaganu. Goszcząc u ludzi, człowiek stara się trzymać swoje rzeczy w jednym miejscu i zachowywać się kulturalnie. Myślę, że motel był takim miejscem, w którym mogłam dać upust swoim złym nawykom i poczuć się właśnie jak…w domu. Wiecie co? Miałam to na swojej liście rzeczy do zrobienia, ale nigdy nie myślałam, że te miejsca będą tak ważne w mojej podróży. Pamiętam, że był nawet taki dzień, kiedy zwiedzałam jakieś nudne muzeum i nie mogłam się doczekać, kiedy dojadę do motelu i zobaczę swój pokój. Brzydota tych miejsc czyniła je dla mnie pięknymi. Tylko tam miałam czas na pisanie, długie rozmowy z rodziną czy przyjaciółmi i …pranie! Moje pobyty w tanich motelach to też opowieść o tym skrawku samotności w podróży. Wierzcie mi, że w podróżowaniu solo często ma się bardzo mało czasu dla siebie. Kiedy zatrzymywałam się u kogoś, to oprócz tego, że zwiedzałam dane miejsce, to jeszcze chciałam spędzić czas z osobą, u której jestem i poznać ją na tyle, na ile mam czasu, a zazwyczaj miałam go mało. Nawet w podróży ludzie dosiadali się do mnie, zaczepiali, zagadywali i uważam to oczywiście za pozytywny skutek podróżowania w pojedynkę, ale te noce w motelach dawały mi chwile samotności potrzebne do zachowania równowagi.  Chwila ciszy, wytchnienia czy po prostu rozmyślania o kosmosie/patrzenie w sufit. Z drugiej strony pokój w motelu to także ciemna strona samotności. W gorszych chwilach jesteśmy zdani tylko na siebie. O tym, że nie ma nikogo obok przypominają lustra i cienie na ścianie, a nawet odbicie w telewizorze. Wstaję i robię zdjęcia. Czuję się samotna jak nigdy w życiu i jednocześnie zainspirowana w tak dziwny sposób, że każdy przedmiot w tym pokoju wydaje mi się być osobnym wersem pięknego wiersza. Nie wychodzę nigdzie po zmroku, a nie ma nikogo z kim można porozmawiać, więc rozglądam się po pokoju i naglę widzę wszystko inaczej. Widzę swoją samotność, dobrą i złą, w porozrzucanych ubraniach i w swoim odbiciu. Myślę, że można z tych zdjęć wyczytać dużo więcej, ale pozostawiam to Tobie.IMG_3853

IMG_3845

IMG_3669

IMG_3829

IMG_5320

IMG_5329

IMG_3810

IMG_3743IMG_3678IMG_3691IMG_3699IMG_3726IMG_3744IMG_3856IMG_3842IMG_5294 IMG_3817IMG_3843IMG_3832IMG_3815IMG_5283IMG_3728

1 2 3