Jak żyć? W dwóch miejscach jednocześnie

IMG_3412

Jest taki film “Szkoła uczuć”, z którego zapamiętałam bardzo dokładnie jedną scenę. Nawet znalezienie tego tytułu było ciężkie, bo za nic nie mogłam sobie przypomnieć ani aktorów, ani fabuły. Główny wątek to miłość chłopaka do chorej na białaczkę dziewczyny. Próbując zdobyć jej serce, stara się spełnić życzenia z jej listy marzeń. Jednym z nich było “bycie w dwóch miejscach jednocześnie” i zrealizował to przez zabranie jej na granicę dwóch stanów. Ja już byłam na styku dwóch kontynentów, ale nie odmówiłam sobie tej przyjemności również w Stanach. Posiedziałam trochę w dziurze między Nowym Meksykiem a Kolorado.

Jakbym miała do wyboru jedną supermoc, to chyba zdecydowałabym się na to, aby móc być w dwóch miejscach jednocześnie. Myślę o tym od czasu do czasu, kwalifikując to czasami jako negatywny skutek podróżowania. Zakochujemy się w niektórych miejscach i już zawsze będziemy do nich tęsknić. Myślałam o tym intensywnie dzisiaj, spacerując wzdłuż oceanu, jak bardzo będzie mi brakować Islandii, kiedy wrócę do Polski. Ile jeszcze może być takich miejsc, w których będę się czuła jak w domu? To mnie trochę przeraża, bo czasami mi się wydaje, że ja już nigdy nie będę chciała zasiąść w jednym miejscu. Że jak wrócę do Polski, to będę myśleć o przeprowadzce gdzieś indziej albo z powrotem tutaj. Moim największym zmartwieniem jest to, że przyjdzie dzień, w którym będzie mnie stać na kupno mieszkania, bo wtedy będę musiała zdecydować, w którym mieście i kraju. Zastanawiam się, czy taki stan mija. Może pewnego dnia obudzę się i pomyślę, że chcę w tym miejscu już zostać na zawsze. Tylko, że ja już mam takie miejsce. Mam ich kilka i to jest mój problem. Ludzie nie podróżujcie za dużo. W dupie się od tego przewraca.

Dzisiaj się budzę i już nie kocham Islandii. Już chcę być w Kolorado.

IMG_3407IMG_3517IMG_3520IMG_3514IMG_3472IMG_3424

Don’t date a girl who travel

https://www.youtube.com/watch?v=ueoE1Mau9uU

Widzieliście ten filmik? Wirusowo roznosił się po sieci jakiś czasu temu, a i mi podrzuciło go sporo osób. Wideo powstało na podstawie tekstu jednej z blogerek podróżniczych i zostało przywitane oklaskami przez publikę. Już wcześniej pojawiały się w sieci wpisy z podobnym przesłaniem i już wtedy miałam do tematu mieszane uczucia. Tekst niesie pozytywną ideę , a wideo jest bardzo dobrze zrobione, ale posłużyły mi one jako impuls do rozważań na temat tego, czy to o czym opowiadają jest prawdziwe. Jako “girl who travel” postanowiłam wystosować sprostowanie w tej sprawie. Po prostu obawiam się tłumu mężczyzn, którzy zaczną ustawiać się pod moimi drzwiami.

Przeczytałam ten tekst i tak się zaczęłam zastanawiać, czy wszystkie podróżniczki są takie same? Takie piękne, odważne, żądne przygód i niezależne? Czy naprawdę to są kobiety, które będzie gardzić randką w kinie? Czy to są kobiety, które nawet nie raczą powiedzieć swojemu facetowi, że dojechały bezpiecznie do celu? Czy wszystkie chodzą w podartych ciuchach sprzed 10 lat, bo im szkoda na szałową kieckę? Bo tak wynika z tego tekstu. Czytając go, można również dojść do wniosku, że kobiety, które podróżują nie pracują na etatach. A ja takie znam. Znam też takie, które wydałyby 300 zł na piękną suknię i takie, które nie lubią chodzić po górach.

Największy mój problem z takimi wpisami polega właśnie na tym, że podróżnicy, a w tym wypadku podróżniczki są przedstawiani w taki sam sposób – jako niesamowici, interesujący ludzie, a teraz to już jako najlepszy materiał na żonę. Pisała już o tym Spłukana w tekście “Nie lubię podróżników” i zgodziłam się z nią, że podróżnicy bywają czasami strasznymi bufonami. Też mi się kiedyś wydawało, że człowiek, który podróżuje musi być szalenie interesujący. Dopóki nie zaczęłam ich poznawać. I nie rzucam stwierdzeniem, że ich lubię czy nie lubię. Nie zakładam też z góry, że są dobrym materiałem na wspólne życie. Podróże nie czynią wszystkich ludzi lepszymi, ciekawszymi, fajniejszymi. Może teraz sram we własne gniazdo, ale nie uważam, że podróżniczki są ciekawsze niż lekarki, przedszkolanki czy bibliotekarki. Znam osoby, które były w niesamowitych miejscach, ale zaczynasz ziewać, kiedy słyszysz ich kolejną opowieść. Ludzie z pasją zawsze wciągną cię w swój świat, nawet jak będą ci opowiadali o hodowli robaków we własnym ogródku. Jeśli kobieta jest brzydka i beznadziejna, to są duże szanse, że podróż po Azji niczego nie zmieni w tej kwestii.

Nie szukaj podróżniczki. Po prostu umów się z dziewczyną, która ci się podoba.

Strach przed (nie)znanym

kopenhaga pokojeSiedzę spokojnie w samolocie (no dobra, niezbyt spokojnie, ale stwarzam pozory) i zastanawiam się jak jest ?wyrafinowany ? po angielsku. Nie mogę sobie przypomnieć, więc dochodzę do wniosku, że kiepsko z moim angielskim i chyba będę miała duży problem z komunikacją na początku. Nagle podchodzi do mnie młody Polak i mówi ?yyy..aaaa we seat? that?. Po pierwsze – co?! A po drugie ? ok, mój angielski jest w porządku.

Stoję na głównym placu w Kopenhadze i rozmawiam z kolegą (no dobra, to nie jest mój kolega, tylko chłopak, którego dopiero poznałam). Pracuje na rikszach, więc rozmawiamy o możliwościach zatrudnienia na rynku ulicznym. Podchodzi do mnie jego kolega (kiedy oni się poznali, to nie wiem),  przedstawia się, a na jego twarzy pojawia się ten szczodry uśmiech, typowy dla ludzi z dobrym sercem. Zaczyna się rozmowa, która wlewa miód w moje co- ja- tu- robię serce. On mi załatwi pracę i mieszkanie. Jak to? To już?

Piję kawę z nowym szefem, który uświadamia mi, że sprzedaż wody to skomplikowany zabieg, wymagający różnych sztuczek marketingowy. Pokazuję mi filmiki, które kręcił z ukrycia swoim pracownikom. Są przykłady tego, jak powinno się zwabiać klientów oraz to, co jest całkowicie zakazane. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że seks najlepiej sprzedaje.

Idę główną ulicą Kopenhagi i czuję coś zupełnie nowego. Mieszankę spokoju i strachu. Czy tak smakują początki? Kupuję sobie podstawowy kurs duńskiego. Strach powoli odchodzi i czuję ulgę.

Siedzę na łóżku i dumam nad tym, jak dziwny to był dzień. Wtem do mojego pokoju wchodzi policja. Nawet nie pukają, bo mają swoją parę kluczy! Legitymują się tak, jak to robią aktorzy na filmach (plakietki w ruch). Okazuje się, że kobieta, która mieszkała w tym pokoju przede mną, została okradziona przez swoje współlokatorki. Udowadniam im, że przyjechałam tu dzisiaj. Dziewczyna rzuca się na podłogę, wyrywając sobie włosy z głowy (dosłownie!), a panowie policjanci przeszukują mój pokój. Poznaję więc pierwszych Duńczyków. Są bardzo mili i przystojni.

Lubię patrzeć na ludzi, którzy rozmawiają w obcym języku i zastanawiać się, na jaki temat dyskutują. Czasami zapatrzę się za bardzo, a oni zaczynają być podejrzliwi, ale czerpię z tego ogromną przyjemność. Człowiek sobie nie zdaje sprawy z tego, ile w życiu przegaduje. Ile słów z siebie wypluwa. Po prostu siedzi i gada , gada, gada. Ciekawe w ilu procentach wyraża to co ma w głowie? Chyba za mocne to piwo, które wypiłam. Mój duński przyjaciel się nie odzywa, a ja zaczynam wątpić w to, że znajdę jakąkolwiek pracę w Danii. Czuję się obco. Próbuję to ukryć, chodząc po barach i udając, że mnie na to stać?

Od jakiegoś czasu staram się żyć tym, co tu i teraz. Rozmowa z Justyną przypomniała mi, jak bardzo się zmieniłam przez ostatnie dwa lata. Poruszałyśmy w niej temat strachu przed nieznanym, który blokuje nas przed dokonywaniem zmian w życiu. Ostatnio często o tym myślę i staram się dojść do sedna problemu. Dostaję od Was wiadomości, w których często pojawia się fraza “chciałabym, ale się boję”. Ja się bałam jak cholera, chociaż wyjeżdżałam do Danii – kraju, który uważany jest za bezpieczny. Mój wyjazd był spowodowany problemami finansowymi, więc trochę zostałam do tego zmuszona. To mnie popchnęło i sprawiło, że mimo strachu, wykonałam pierwszy krok. Chciałam Wam pokazać te notatki, bo tak wyglądały pierwsze dni mojego nowego życia, czego wtedy jeszcze nie byłam świadoma. I jak widzicie, bałam się i czułam się samotna. Jednak działo się tyle nowych rzeczy, że zajmowały moje myśli częściej niż wątpliwości. Życie pierdołami stoi. W nowym miejscu też pijemy kawę, robimy zakupy, zwracamy uwagę na przystojnych policjantów. To te drobnostki pomagają mi mniej bać się nowego miejsca. Teraz wyobrażam sobie, że tankuję paliwo na stacji w USA i jem hamburgera w McDonald’s. Wcześniej skupiałam się na szukaniu w sobie odwagi do wyjazdu. Niepotrzebnie. Nie znalazłabym jej w sobie nigdy, gdybym nie wyjechała. Pojechałam bez odwagi.

Kiedy pisałam ten ostatni akapit, pijąc piwo w kopenhaskiej knajpce, zagadał do mnie barman. Wskazał na dziewczynę  przy barze, mówiąc: Wiesz, że to też jest Polka? Dziewczyna siedziała z Dunką i rozmawiały po angielsku, więc wcześniej nie załapałam, że jest tutaj jakaś rodaczka. Poprosiły, żebym do nich dołączyła, a ja mogłam wreszcie zamknąć zasłonę dymną w postaci komputera. W sekundę zapomniałam o moich zmartwieniach i wątpliwościach. A z Kasią mam kontakt do dzisiaj i ostatnio, jak byłam w Kopenhadze nocowałam u niej, a ona karmiła mnie pysznościami, żebym głodna nie chodziła. Już nie jest nieznajomą przy barze, do której boję się zagadać. Wiem, że w nowych miejscach czekają na mnie inni ludzie, którzy też szukają kogoś z kim mogliby porozmawiać. A jak już ich znajdę, to pokażę im tek tekst i powiem: widzisz, od dawna chciałam Cię poznać.

I czemu to takie nic jest właśnie czymś dla mnie? (Witkacy)

Seljalandfoss leje wodę

SeljalandfossNależę do tej grupy wodospadów, które trzymają ludzi na dystans. Możesz mnie obejść dookoła, ale nigdy mnie nie dotkniesz. Moja tolerancja na zbliżenie jest bardzo niska. Kiedy przekroczysz bezpieczną odległość, opluję Cię po twarzy zimną wodą. Czasami musisz zasłaniać oczy, jeśli chcesz na mnie popatrzeć, a ziemia, po której idziesz jest zawsze niebezpiecznie śliska. Możesz próbować się zbliżyć, ale pamiętaj, że ostrzegałam.SeljalandfossW lepsze dni wpuszczam do siebie tęczę i wspólnie śmiejemy się z ludzkich ograniczeń. Te małe, zabawne ludziki. Będą publikować moje zdjęcia w gazetach i pisać o mnie na blogach. Niech najpierw zaczną obchodzić samych siebie.

Seljalandfoss

Rau?asandur: plaża, którą zjadłam na śniadanie

fiordy zachodnie Islandia

Siedzę w aucie i próbuję się jakoś obudzić. Na szczęście świeci słońce. Pogoda na Fiordach Zachodnich jest nie do przewidzenia i potrafi być prawdziwym zabójcą wycieczki. Myślę sobie więc, że jest dobrze. No dobra, tak naprawdę głównie myślę o tym, że jestem głodna z przebłyskami “jest dobrze”. Droga do plaży ciągnie się przez skalne pustkowia.Do ostatniego momentu nie widać, jak wygląda plaża. Nawet po dojechaniu na miejsce, należy przejść przez pole i przeprawić się przez rzeczkę. Idę powoli, bo zawsze zajmuje mi trochę czasu, aby się dobudzić. I nagle jeb, buch, trach! Podano kurwa do stołu. Continue reading