Home » KOSMOS » Jak być bestią i piękną w podróży

Jak być bestią i piękną w podróży

IMG_6753

Błoto z Morza Czarnego

Kobiece podróżowanie jest coraz częściej na tapecie, nawet w internetach, w których zrywa się i kładzie nową prawie codziennie. Jednak trend ten utrzymuje się od jakiegoś czasu i nie jest podtrzymywany przez brzydkie feministki, ale przez piękne kobiety, które podróżują, często samotnie i pokazują innym, że się da. Sama znam kilka takich przypadków i wiem, że nie są to zdesperowane laski, które z braku faceta muszą jeździć same. Po prostu uznały, że ten sposób na odkrywanie świata jest dla nich lepszy. Ja sama mam kilka propozycji na wyjazdy z kimś w różne strony świata, ale przy pierwszej okazji wyrwania się gdzieś z Krakowa, jadę sama. W życiu codziennym lubię dzielić się momentami z bliskimi, ale w podróży jestem samolubna. Głównie dlatego, że ta samolubność zmusza mnie do przeżywania miejsca, w którym jestem i ludzi, których poznaję na sto procent. Przyjaciele czy rodzina są dla mnie na pierwszym miejscu, więc będąc gdzieś z nimi, przysłaniają mi cały obraz. Cenię sobie takie wyjazdy, ale wtedy bardziej skupiam się na spędzanie czasu z nimi niż na eksplorowaniu danego miejsca. Samotna podróż to bardzo często świadomy wybór. Wiem, że niektórym ciężko w to uwierzyć i kiedyś nawet ktoś mi zarzucił, że na pewno udaję i takie podróże nie mogą mi sprawiać radości, jeśli nie mam z kim jej dzielić (chociaż w podróży solo bardzo rzadko bywa się samemu), ale jest to analogiczne do bycia samemu w życiu. To, że kobieta nie jest w związku nie zawsze znaczy, że nie ma propozycji prawda? Podróżniczka pachnie często desperacją, zamiast dobrymi perfumami. I zawsze pisze się o niej w kontekście odwagi, pokazuje się zdjęcia z plecakiem albo podczas wykonywania innych ekstremalnych czynności. Zazwyczaj po prostu chce się udowodnić, że taka kobieta jest jak mężczyzna, a nie że może robić wszystko to, co on. Ona nie wydaje na ubrania, bo oszczędza na podróże. Nie maluje się, bo przecież ?promienie słońca zarumienią jej twarz?. Nie może publicznie plotkować na temat urody, bo przecież powinna ten czas poświęcić na rozmowy o światowych konfliktach. Ale ja jestem nieprawdziwa, więc mogę plotkować do woli, a że nie znalazłam nigdzie w sieci artykułu, w którym inne panie dzieliłyby się swoimi trikami urodowymi, liczę na to, że dodadzą coś od siebie. Opowiem Wam o tym, jak podróże zmieniły moje podejście do niektórych zabiegów kosmetycznych i o trikach, które stosuje na wyjazdach.

Włosy

Jestem naturalną ciemną blondynką, a włosy zaczęłam farbować na jaśniejsze gdzieś na początku liceum. Co miesiąc czy dwa (ale wtedy pojawiały się już brzydkie odrosty) trzeba było nakładać farbę. Czasami farbowałam włosy u fryzjera, a potem już w domu, bo mi było szkoda pieniędzy. Jednak robienie tego samemu doprowadziło do tego, że strasznie je zniszczyłam. Moje włosy były jak siano, mimo że stosowałam różnego rodzaju odżywki i maski. Mam bardzo cienkie włosy, a ich rozjaśnianie w warunkach domowych sprawiło, że wypadały mi na potęgę. Musiałam zacząć je prostować, żeby jakoś wyglądały. Wydałam więc dodatkowo pieniądze na zakup prostownicy. Jadąc do Stanów musiałam ograniczyć bagaż, żeby nie dźwigać na plecach 40 kilogramów. Stwierdziłam, że zrezygnuję z prostownicy i nie będę brała ze sobą 3 paczek farby do włosów. Nie jadę tam na podryw, więc mogę mieć odrosty. Tak się akurat złożyło, że zapanowała moda na ombre i nikogo ten mój odrost tak bardzo nie raził. Włosy przestały mi wypadać, a ich kondycja poprawiła się. Dalej są cienkie i daleko mi do bujnych loków z reklam, ale stwierdziłam, że mój naturalny kolor jest w porządku i na zawsze pożegnałam się z farbą do włosów. Oszczędzam na tym kilkaset złotych miesięcznie (farba, fryzjer, prostownica, milion masek i odżywek do włosów).

Trik, jaki stosuję to szampony i odżywki, które rozjaśniają włosy. Mój naturalny kolor popada w ten nasz polski mysi odcień, więc lekki pobłysk blond sprawia, że nie są takie szare. Ja stosuję szampon i odżywkę Sheer Blonde z John Frieda. Można je dostać w Rosmannie. A brunetki i rude mają jakieś triki na podciąganie koloru?

Paznokcie

Z lakierów do paznokci zdecydowałam się zrezygnować nie tyle na rzecz zmniejszenia bagażu, ale bardziej ze względu na to, aby być jak najmniej atrakcyjnym. Nie mówię, że jak pomaluje paznokcie na czerwono, to każdy facet się na mnie rzuca, ale trzeba jednak pamiętać, że kobieta w podróży jest narażona na podryw (w jednym krajach bardziej np. Ameryka Południowa), więc lepiej nie rzucać się w oczy. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do braku koloru na paznokciach, że jak pomalowałam je po powrocie, to czułam się sztucznie. I do dzisiaj mi nie przeszło. Pierwszy raz od bardzo dawna pomalowałam paznokcie na wesele bladoróżowym lakierem i czułam się jakoś nieswojo. Równie dobrze moglibyśmy malować łokcie. Brzmi absurdalnie, ale gdyby wszyscy tak robili, to pokrywanie lakierem paznokci byłoby dla nas dziwne. Tak samo jak dziwią nas zabiegi afrykańskich kobiet, które rozciągają sobie wargi dla urody. My przecież robimy dokładnie to samo, tylko w trochę inny sposób.

Skóra

Podróże to ekstremalne warunki dla skóry, która na przykład bardzo wysusza się podczas długich lotów samolotem. Chyba najlepiej inwestować właśnie w dobre kosmetyki nawilżające podczas podróży, które pomogą nam zachować ją w dobrej formie. Ja używam kremu intensywnie nawilżającego z Iwostinu, który też chroni przed słońcem i nie jest tłusty jak większość kremów nawilżających, przez co można na niego nakładać makijaż bez efektu świecy. Ważny jest też żel do mycia twarzy, szczególnie, że nigdy nie wiemy, jaka jest woda, którą myjemy twarz. Dobry produkt myje bez wysuszania i dodatkowo nawilża tak jak kolagenowy żel z Lagenko, który jest zrobiony z produktów naturalnych, a do tego działa jako odplamiacz! Serio, sprawdziłam to. Dodatkowy trik w kosmetyczce podróżniczki polega na tym, że szukam produktów, które mają kilka zastosowań i to się idealnie sprawdza, bo po pierwsze działa jako produkt do demakijażu, żel myjący i odplamiacz, a czasami myje nim całe ciało, jeśli nie mam miejsca na żel pod prysznic. To jest dość duże opakowanie, ale ja wszystkie kosmetyki na krótsze wyjazdy zawsze przelewam do mniejszych buteleczek. Tanio kupicie takie w każdym sklepie kosmetycznym, ale można po prostu wykorzystać opakowania po mini-kosmetykach, które dostaje się w hotelu.

Siła natury

Podróże uczyniły mnie świadomym konsumentem. Zaczęłam zwracać uwagę na to, jakie składniki mają produkty, które kupuję i przeraża mnie czasami myśl o tym, jak bardzo faszerujemy się chemią. Dlatego staram się sięgać po naturalne produkty, a wydaje mi się, że podróże przynoszą wiele inspiracji w tym temacie. Jeśli jesteśmy w nowym kraju, popytajmy o lokalne triki urodowe. Może po prostu wystarczy wyjść na łąkę i nazrywać konkretnego zielska. Tak jak u nas z pokrzywą. Płukanka z tej rośliny zapobiega wypadaniu włosów, a picie pokrzywowego naparu nie tylko wpływa na zdrowie, ale też poprawia stan skóry (bo nie oszukujmy się, ale szybciej zaczniemy coś stosować ze względu na urodę niż z przyczyn zdrowotnych). W Chinach nakłada się papier ryżowy na twarz, aby zaabsorbował nadmiar sebum (koleżanka przywiozła taki trik z Azji). Ostatnio poznałam dziewczynę ze Stanów, która zamiast dezodorantu używa soli. Sprawdziłam na sobie i daje takie same efekty (w aptece można kupić taki salt stick, żeby nie wozić ze sobą sypkiej soli), a wszystko naturalnie. Dawajcie swoje (albo koleżanek) ciekawe sposoby z innych krajów.

Biżuteria

Zrezygnowałam również z biżuterii, bo jest to dość niepraktyczne w podróży, kiedy kolczyki zahaczają o włosy, a zresztą ktoś Cię jeszcze może okraść, bo zobaczy drogi pierścionek na palcu. Niektóre dziewczyny zakładają fałszywe obrączki i udają mężatki. Też miałam taki zamiar, ale w rezultacie ograniczyłam się do zdjęcia Kamila Stocha w portfelu, które pokazywałam nachalniejszym panom, mówiąc, że to mój chłopak. Nie kupuję biżuterii, ale robię wyjątek dla takiej, która ma dla mnie jakieś znaczenie czy wiążę się z danym miejscem. Z Islandii przywiozłam sobie bransoletkę zrobioną z kawałków lawy i marzę o biżuterii zrobionej z węgla (Śląsk rządzi!), na które ostatnio trafiłam. Jakby ktoś nie wiedział, co mi kupić na urodziny -> icoalyou albo brokat.

Ubrania

Kiedyś zdecydowanie więcej wydawałam na ubrania. Strój nie jest mi obojętny i nie mogłabym chodzić cały czas w tych samych ciuchach. Głównie dlatego, że mi się szybko wszystko nudzi. Z tego samego powodu nie mam tatuażu, bo koncepcja na niego zmieniała mi się już milion razy. Po miesiącu chcę mieć już nową bluzkę, sukienkę, spodnie. Mam kilka ulubionych ubrań, ale zazwyczaj wszystko idzie w odstawkę. Dzięki podróżom jestem zmuszona niejako wymieniać swoją szafę co jakiś czas. Ile ja przez te ostatnie 3 lata rozdałam ubrań, to nie macie pojęcia. Parę osób w Reykjaviku chodzi w moich ciuchach to wiem na pewno, bo widzę na zdjęciach. Dlatego kupuję ubrania prawie tylko w lumpeksach. Przez ostatnie pół roku w normalnym sklepie kupiłam tylko buty i bieliznę. Dzięki temu mniej wydaje na ciuchy i nie chodzę w tym, co połowa miasta, robiąca zakupy w tej samej galerii. Zawsze szukam lumpeksów w nowych miejscach czy pchlich targów (w Reykjaviku koniecznie odwiedźcie Kolaportid otwarty w weekendy), gdzie można upolować perełki, charakterystyczne dla stylu, jaki króluje w danym kraju. Lubię mieć na sobie sweter i myśleć o tym, że kupiłam go na Islandii. Nie kupuje właściwie żadnych pamiątek w podróży, więc traktuje ubrania jako pamiątki. Podejrzewam, że oszczędzam nawet kilka tysięcy złotych rocznie, bo za nową kieckę weselną trzeba dać 300 złotych, a ja swoją kupiłam za 15 (i pewnie pójdę w niej na jakieś kilka wesel).

Kolejna rzecz dotycząca ubrań jest taka, że zawsze (niezależnie w jakim celu jadę) zabieram ze sobą sukienkę albo jakąś tunikę. Nigdy nie wiadomo, jaka nadarzy się okazja. Szpilki to już by była przesadza, ale sukienka z baletkami i już chowamy naszego dzikusa do plecaka, a my możemy cieszyć się momentem w odpowiednich ubraniach. Ja nie lubię być turystą w miejscu, w którym jestem, a ubranie się normalnie pozwala łatwiej wpasować się w otoczenie.

Makijaż

Nie zrezygnowałam całkowicie z makijażu, chociaż nigdy nie malowałam się jakoś przesadnie, głównie dlatego, że nie potrafię i zazwyczaj zasypiam, więc nie mam czasu na jakieś cienie czy kreski. Jednak kosmetyki biorę ze sobą zawsze w podróż, bo nigdy nie wiadomo, gdzie się wyląduję. Czasami przychodzi okazja na kolację czy imprezę i nie chcę wyglądać jak całkowity lump, którego udaje na co dzień w drodze. Puder, tusz do rzęs czy szminkę mam zawsze przy sobie, chociaż czasami stosuje taki trik z ustami, jak nie mogę w rozpierdolu znaleźć szminki, że przygryzam je co jakiś czas i wtedy robią się czerwone (niech ktoś mi powie, że też taki robi i nie jestem świrem!). Jak mam już te kilka produktów to wolę, żeby były lepszej jakości, ale często kupuje je taniej na bezcłowym. Różnica w cenie pudru na lotnisku a w sklepie to nawet 50 zł.

Najważniejsza zmiana zaszła oczywiście w środku i wydaje mi się, że im więcej pewności siebie w życiu, tym lepiej kobieta wygląda. A nic tak nie dodaje pewności siebie, jak dokonanie czegoś niemożliwego samemu. Ale takie farmazony ograniczmy do tego krótkiego akapitu, bo my sobie dzisiaj w tym poście pozwalamy być powierzchowne. To co robić, drogie Panie, aby być piękną i pozostać dzikusem?

8 thoughts on “Jak być bestią i piękną w podróży

  1. Nawet nie wiesz, jak tęsknie za rudością, ale perspektywa farbowania co kilka tygodni, bo szybko się spiera, doprowadza mnie do szału. W dodatku rudy spiera się na jakiś taki dziwny blond, poza tym, że strasznie przesusza – to też w końcu rozjaśnianie. Wiem, że można farbować henną, ale nigdy nie próbowałam. Że też nie jestem naturalnie ruda 🙂

    Żel Lagenko uwielbiam, jeździ ze mną na wszystkie wakacyjne wyjazdy, od kilku lat. Ogólnie nie jestem jakimś kosmetycznym freakiem, z modą też na bakier – doskonale czuję się w dziczy, gdzie nikt na to nie zwraca uwagi 🙂

  2. Szampony i żele rozjaśniające włosy o kilka tonów są o niebo lepsze od zwykłego rozjaśniacza – nie niszczą tak włosów i efekt jest o wiele bardziej naturalny. Szczerze mówiąc sama takie stosuję po wakacjach, bo mi włosy na słońcu nigdy nie chcą się rozjaśnić, a po powrocie chcę mieć mimo wszystko słoneczne pasma 🙂

  3. Lubię w podróży to, że gdzie gubi mi się przymus wyglądania, mogę wrzucić do plecaka rzeczy, w których do pracy nie mogę pójść, “bo nie wypada”. Biorę bombasy i kolorowe spódnice. I czuję się w tym świetnie! Przyznaję – w podroży bywam lumpem i uwielbiam to. Śpimy w aucie, rano myję głowę w łazience w knajpie gdzie piję kawę (polonis cebularis). O dziwo poprawia mi się zwykle wtedy nienajlepsza cera (częste mycie skraca życie), jaśnieją od słońca włosy, złazi jakaś warstwa skóry od zapominania o kremie. I mam czasem wrażenie, że bez lustra jest fajniej – bo myślę o tym po prostu mniej i mniej się przejmuję. Najlepszym specyfikiem w te wakacje dla moich włosów okazała się woda z Adriatyku, były cudne w dotyku, układalne jak na najlepszej paście! Żałuję, że nie wzięłam do 5litrowej butli 😉
    Zaintrygowałaś mnie tą deo-solą, dasz coś więcej? linek? Ścisk!

  4. A wiesz co mi dały podróże? Pewność siebie. Bo też nie tacham ze sobą 40 kilo i stosuję tą samą taktykę, którą opisałaś w swoim teście. I nagle okazuje się, że czuję się świetnie i wyrywam na potęgę (też!) lakieru na paznokciach, w japonkach, bez odżywki do włosów, z buzią umyta Białym Jeleniem (polecam tak przy okazji, uniwersalny w podróży). Po prostu czuję się świetnie i to widać (mogę pisać hasła reklamowe).

Leave a Reply

Your email address will not be published.