Relacja z drogi, którą wymieniłam na lekarstwa

dotpodlJestem już w domu i dochodzę do siebie, bo przeziębiłam się ostatniego dnia we Wrocławiu. Całą drogę miałam taką piękną pogodę, a we Wrocku mnie przewiało. Może dlatego, że organizm był już osłabiony i wszystko ze mnie zeszło. Od 1 do 7 kwietnia przeszłam 200 km, w tym przebiegłam 4 metry i był to dla mnie naprawdę duży wysiłek. Doszłam do wniosku, a szłam do niego 200 kilosów, że mam dość słabą kondycję. Momentami było ciężko i już myślałam, że nie dam rady, ale potem stwierdziłam, że może to bardziej motywować innych, bo jeśli ja dałam radę, to każdy da. Przygotowywałam się do tego 3 miesiące, ale szczerze mówiąc, mogłam to zrobić lepiej. Droga weryfikuje wszystko. Każdy odpuszczony trening i każdy skrócony dystans. Na szczęście mam dość silne nogi i tym razem mnie nie zawiodły. Bardziej od mięśni nóg bolały mnie stopy i plecy. Kiedy kładłam się do łóżka stopy pulsowały mi tak mocno, że aż kołdra podskakiwała do góry (dobra, nie było tak, ale wyobraźcie to sobie – całkiem śmieszna wizja). Bóle pleców zmniejszyły się po sesji na urządzeniu masującym w Brzegu. Cieszę się, że Asia mnie tym poczęstowała. Zresztą wiele zawdzięczam moim gospodarzom z drogi, ale do tego jeszcze dojdę (teraz ciągle gdzieś dochodzę).

IMG_0457Do Wrocka szłam sama, nie licząc momentów, w których dołączały do mnie lokalne żule. Jednak zbiórkę na siepomaga traktuje jako pracę wspólną. To nie ja zebrałam kasę, ale Wy ją wpłaciliście. Też wykupiłam kawałeczek, bo bardzo chciałam go podarować małej Hani, która ochrzciła mój start swoimi narodzinami, ale to wspólnie uzbieraliśmy ponad 3 tysiące. Akcja trwa do 15 kwietnia i mam jeszcze parę kawałków drogi, także można wciąż zamawiać tutaj. Na przykład pani z wypiętą pupą wciąż jest do wzięcia.

IMG_0467Rozsyłałam zdjęcia na bieżąco, ale większość osób wpłacała anonimowo, a po podpisach czasami trudno mi było dojść do tego, kto wysłał pieniądze. Jeśli ktoś chce fotkę,  to niech napisze do mnie wiadomość (swachta.k@gmail.com). Powiem Wam, że jak tworzyłam zbiórkę, to zastanawiałam się, czy nie zmniejszyć założonej kwoty do 500 zł. Nie spodziewałam się, że tak wiele osób będzie wpłacać, ale ostatecznie pomnożyłam liczbę znajomych razy 2 złote i ustawiłam tysiąc. Ja wiem, że to i tak nie jest dużo, a te lekarstwa są strasznie drogie, ale uważam, że gdyby każdy korzystał z okazji, w której może komuś pomóc, to jesteśmy w stanie zrobić wiele. Chciałam tą zbiórką pokazać, że (da się?) da się. Wystarczy, że wykorzystamy możliwości, które daje nam internet. Nie sugeruję Wam, że macie jutro ruszyć na Wrocław, ale czy naprawdę potrzebujecie kwiatów na weselu, nietrafionych prezentów urodzinowych czy kolejnej kiecki w szafie? Może lepiej skorzystać z siepomaga i zebrać kasę na potrzebujących. To nie jest trudne, ale jeszcze za mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Kasa wpłacona przez darczyńców trafia na konto wybranej przez Was fundacji, także nie ma żadnej biurokracji i wszyscy mają pewność, że kasa wyląduje tam, gdzie powinna. W drodze sporo myślałam o tym, że ludzie są dobrzy, tylko nie mają czasu. Chcą pomagać, ale czasami po prostu o tym zapominają, bo mają masę innych rzeczy na głowie. Pomaganiem niech zajmują się fundacje i celebryci. Jasne, że organizacje robią to lepiej i na większą skalę. Dobrze, że ktoś zajmuje się profesjonalnym pomaganiem, ale my także możemy coś zrobić dla innych. Grosz do grosza i będzie kokosza.

IMG_0576Strasznie tęsknię za moją drogą. Wydawać by się mogło, że to jest monotonne tak iść przed siebie, ale każdy dzień był inny i ciągle coś się działo. Najgorzej szło się przy ruchliwej drodze, bo tam zazwyczaj nie ma pobocza. Tirowcy mieli uciechę i nie żałowali swoich klaksonów. Kiedy z zamyślenia po raz trzydziesty wyrywa cię ten dźwięk i prawie nie spadasz do rowu, dostając zawału, to możesz się nieźle na nich wkurzyć. Jak jeździłam na stopa, to kochałam kierowców ciężarówek, bo oni chętnie zgarniają ludzi, żeby mieć z kim pogadać. Po trasie przy ruchliwej drodze byłam na nich nieźle wkurzona, ale potem mi przechodziło, bo często jadaliśmy razem obiady w zajazdach przydrożnych.

IMG_0489Najprzyjemniej wędrowało się lasami, bo mogłam odpocząć od zgiełku i w spokoju iść przed siebie. Miałam tam tylko problem z nawigacją, bo jak wiecie, w lasach nie ma nazw ulic, a traciłam tam często zasięg. W Lasach Raciborskich musiałam zdać się na siebie i jakoś udało mi się wyjść na ludzi. Spotkałam miłych panów, którzy pokierowali mnie w stronę miasta. Tego dnia byłam bardzo głodna i już z utęsknieniem wypatrywałam cywilizacji, ale nawet po wyjściu z krzaków miałam problem ze znalezieniem otwartego sklepu. Gdy już dochodziłam do budki z szyldem, okazywało się, że jest ona zamknięta. Małe sklepiki nie dały rady z większymi supermarketami i ich właściciele musieli je pozamykać. Jedyne osoby, jakie spotykałam to były strażniczki lasu, ale wolałam ich nie zagadywać. Pamiętam, że dopiero koło 17 doszłam do Chaty Wuja Freda (nazwy zajazdów przydrożnych poprawiają humor).

IMG_0507Kiedy wchodziłam do wiosek, zazwyczaj byłam sporą sensacją. Tą trasę mogłabym liczyć nie w kilometrach, ale w psach, które mnie obszczekały po drodze. Najbardziej rozśmieszały mnie małe kundle, które pozowały na bardzo groźne psy. Jeden jamnik wskoczył na budę ze złości i już myślałam, że przeskoczy ogrodzenie. W jednej z wsi za Brzegiem do ataku na mnie pies zachęcił cały domowy inwentarz łącznie z kaczkami i kurami! Trochę się przestraszyłam, bo brama była otwarta, a pies szedł za mną kawałek, cały czas szczekając. Myślałam, ze mnie ugryzie, ale po 20 minutach odpuścił.

IMG_0712Moje życie towarzyskie rozkwitało podczas wizyty w sklepikach. Myślę, że w Zdzieszowicach mają mnie za ćpunkę, bo pytałam o igłę w każdym sklepie. Często robiłam sobie tam przerwy, bo było gdzie usiąść i zjeść śniadanie czy podwieczorek. Wtedy czas umilali mi lokalni panowie, którzy sączyli sobie piwko. Często radzili mi którędy będzie najszybciej, ale zawsze sprawdzałam to, co mówią, bo czasami ludzie, może nawet nieumyślnie, ale wprowadzili mnie w błąd. Zazwyczaj nikt mi nie wierzył, że idę na piechotę do Wrocławia albo traktowali mnie jak pokutnicę i przeskakiwali się w wymyślaniu moich przewinień(“-Męża pani zdradziła? – Nie mam męża – Nie dziwię się, jak pani tak lata po wsiach…”). Panowie też bardzo często chcieli mnie podwozić, co było zawsze bardzo miłe, ale mówiłam im, że nie mogę skorzystać.IMG_0627Czasami ludzie pytali mnie o drogę. Mnie! I zazwyczaj potrafiłam ich pokierować, bo znałam poszczególne odcinki mojej trasy dość dobrze. Teraz mi się już wszystko pomieszało i potrzebuję chwili, aby przypomnieć sobie gdzie leżała jakaś wioska, ale wtedy miałam też mapę do pomocy. Zawsze byłam strasznie dumna z tego, że poradziłam komuś, którędy ma iść czy jechać. Kiedy ja pytałam o drogę, to ludzie zazwyczaj mówili, że to daleko i lepiej jechać autobusem. Mimo, że nie pytałam o Wrocław, ale o następną miejscowość, trochę czasu mi zajmowało wytłumaczenie się ze wszystkiego.

IMG_0704Kiedy postawiłam sobie to wyzwanie, zrobiłam to po to, aby zmotywować się do działania w momencie, w którym czułam totalny bezsens życia. Przez 3 miesiące prawie nie widywałam się prawie z nikim i nawet spotkania ze znajomymi były dla mnie problemem. Przestałam wierzyć w ludzi i nie miałam ochoty na kontakty z nimi. Wiedziałam, że dalej chcę podróżować, a to wiąże się z poznawaniem nowych osób. W drodze do Wrocławia gościli mnie ludzie, których nie znałam albo znałam słabo. To doświadczenie było jednym z najcenniejszych w mojej wędrówce. Niejednokrotnie byłam wzruszona tym, jak zostałam przyjęta. Jak dochodziłam do Krapkowice, to byłam już bardzo zmęczona. Nagle dostałam wiadomość od Tomka z dopiskiem “nasz dom, twój dom” i strasznie mnie to poruszyło. Przecież oni mnie w ogóle nie znają, a otwierają swój dom przede mną.IMG_0534Takich miłych wiadomości i słów wsparcia było bardzo dużo. Dostawiałam pyszne kolacje i śniadanka, wałówki na drogę, mapy, wskazówki i wszystko, czego potrzebowałam, a nawet dużo, dużo więcej. Miałam mało czasu na poznanie swoich gospodarzy, bo zazwyczaj między 21 a 22 odpływałam i musiałam iść spać, ale mam wrażenie, że strasznie się z nimi zżyłam. Może to tylko moje odczucie, bo byli bardzo ważną częścią tej wędrówki, ale wszędzie czułam się jak w domu. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, a na czele tej listy na pewno stoi podważenie teorii ewolucji. Nie jestem specjalistą, więc nie będę Wam tutaj robić wykładu ten temat, ale poczytajcie o tym w sieci, bo to jest bardzo ciekawe. Ludzie, którzy mnie gościli też dużo podróżują i myślę, że z każdym z nich będzie mi jeszcze dane się zobaczyć.

IMG_0563Byłam sama ze sobą przez większość dnia i to również miał być dla mnie test. W poniedziałek wylatuje do Stanów na  trzy miesiące i będę podróżować sama. Chciałam zobaczyć, czy dam radę i czy myśli mnie nie przygniotą. Głowa została przewietrzona i w środku jakby jaśniej. Dążę cały czas do tego, aby jak najmniej komplikować swoje życie i opierać się na prostych decyzjach. Ta wędrówka na pewno mi w tym pomogła. Wszystko w tej drodze było proste. Cel jasny – dojść do Wrocławia. Wszystko musiałam podporządkować pod ten jeden cel i było to oczyszczające przeżycie. Wydaje mi się, że w życiu powinniśmy mniej analizować, a bardziej polegać na tym, co czujemy. Jeśli postawimy sobie pytanie, na które mamy tylko dwie odpowiedzi – “tak” albo “nie”, to możemy uniknąć komplikowania. I wcale nie jest mniej ciekawie. Ta droga, chociaż tak prosta, była jedną z najpiękniejszych przygód mojego życia. Kieruję te słowa również do osób, które narzekają, że nie mogą nigdzie wyjechać. Przygodę macie pod nosem. To tylko kwestia myślenia.IMG_0515

To było osobiste wyzwanie, ale jak widać, można to łączyć z pomaganiem inny. Nie trzeba być księdzem czy pracować w PCK, żeby działać na rzecz potrzebujących. Pisaliście, że jestem wielka czy dobra. Jestem tak samo dobra, jak i zła. Pseudonim, który sobie wybrałam ma symbolizować tę dwuznaczność. Boska bywam, jak mi się uda ubrać dwie te same skarpetki. Bliżej mi do Kary, ale nie trzeba być świętym, aby zrobić coś dla innych. Bywam wredna i chamska. Czasami postępuję bardzo egoistycznie. Jak ktoś mi zajdzie za skórę, to nie ma Boskiej. Wszyscy tacy jesteśmy. Mamy swoje lepsze i gorsze momenty. Niezależnie od tego, czy wierzymy w Jezusa czy w elfy, to powinniśmy sobie pomagać, bo oni tylko czasami do nas zaglądają, a tak na co dzień jesteśmy zdani na siebie. Wznosimy swoje prośby do góry, a czasami po prostu trzeba ja skierować na boki. Zapytać kogoś, czy nie może pomóc i uwierzcie mi, że możecie być naprawdę zaskoczeni odpowiedzią albo źródłem oferty. Kolega mojej babci wysłał mi wiadomość ze swoim numerem telefonu, tylko po to, żebym mogła do niego zadzwonić, jak będę chciała zawrócić. Powiedział, że przyjedzie po mnie o każdej porze.IMG_0539

Moim celem była pomoc podopiecznym fundacji “Na ratunek”, ale nie spodziewałam się, że będę pomagać też na inne sposoby. Okazało się, że moja wytrwałość motywowała ludzi. Dostałam wiadomości o ich przedsięwzięciach i cieszę się, że mogłam być motorem napędowym do działania. Wiem, że parę osób ma w planach podobne zbiórki i trzymam kciuki za powodzenie. Ja naprawdę nie uważam, że zrobiłam coś wyjątkowego. Nie jestem lekarzem, który wynalazł lekarstwo na raka czy matką, która walczy o życie swojego dziecka. Ja tylko przebierałam nogami. Każdy to może zrobić.IMG_0624Na koniec mam dla Was kilka porad praktycznych. Jeśli ktoś wpisze w google “jak dojść do Wrocławia”, to wyskoczą mu moje porady.

1. Przede wszystkim polecam tekst Łukasza Supergana, o tym jak wytrzymać dłuższą wędrówkę. Przeczytałam go zaraz przed wyjściem i jego metoda kamieni milowych bardzo mi pomogła. Na początku myślałam cały czas o tym, żeby dojść do Wrocławia i wzbudzało to moje obawy. Potem podzieliłam te 200 km na dni, a każdy dzień na części. Skupiałam się tylko na danym odcinku i było mi o wiele łatwiej. Wkręciłam się w to tak bardzo, że dopiero szóstego dnia dotarło do mnie, ile kilometrów już przeszłam. Takie nastawienie jest kluczem do przetrwania długiego dystansu.

2. Mam patent na odciski! Niestety dowiedziałam się o nim w połowie drogi, ale zastosowałam go i uniknęłam kolejnych. Należy nałożyć dwie skarpety. Jeśli już macie odcisk, to nie polecam tych małych plastrów z kwasem, bo zazwyczaj nie zakryją nawet połowy. Żelowe plastry (np. compeed) naprawdę dają radę.

3. Chodzenie po Polsce różni się tym od chodzenia po górach, że nie mamy pierwszeństwa i musimy ustępować samochodom. Lepiej rezygnować z ruchliwych dróg, ale czasami polne ścieżki prowadzą naookoło. Polecam chodzenie wzdłuż torów (nie na torach!), ale trzeba być przygotowanym na brak ludzi, wysokie trawy i kamienie. Podróż wzdłuż torów do Brzegu była szybsza, ale na drugi dzień miałam już dość i wróciłam na normalną trasę.

4. Mapę najlepiej mieć wydrukowaną, a nie polegać na nawigacji w telefonie. GPS strasznie żre baterię i potem zostajemy bez żadnych wskazówek.

5. Należy uważać na kleszcze i po każdym dniu w trawie dokładnie się obmacać. Niestety jeden dziad wbił mi się w kolano, ale dostałam antybiotyk przeciw boleriozie i wszystko powinno być ok.

6. Zawartość plecaka najlepiej ograniczyć do minimum. Po kilku dniach wysiadły mi własnie plecy, chociaż wzięłam tylko niezbędne rzeczy. Moje absolutne must have: wygodne buty z amortyzacją, kamizelka odblaskowa i mp3.

7. Rozgrzewkę należy robić również po marszu, gdyż dzięki temu unikniemy zakwasów. Czasami strasznie mi się nie chciało, bo po całym dniu wysiłku, marzyłam tylko o tym, aby odpocząć, ale zmuszałam się do tego rozciągania i było warto. Na drugi dzień mięśnie mnie nie bolały.

8. Pamiętajcie, że to głowa rządzi nogami, a nie na odwrót. Czasami możemy być zdziwieni, że jesteśmy w stanie jeszcze coś z siebie dać. W ciężkich chwilach najlepiej szukać motywacji własnie w głowie. Kiedy chciałam się poddać, zawsze myślałam o tych dzieciakach, które mają bardziej pod górkę niż ja, a mimo to walczą.

Całą drogę dedykuję właśnie im. Dzieciakom, które muszą codziennie pokonywać długie dystanse, a nikt ich na to nie przygotował. Dziękuję za naukę siły i pokory. Jestem z Wami całym sercem.

Dziękuję wszystkim, którzy wykupili moją drogę i tym, którzy udostępniali, pisali i nagłaśniali. Dalej nie mogę się nadziwić, jak wędrówka jednej osoby mogła się przerodzić w zbiorowy akt dobroci. Jeszcze wrócimy do tematu pomagania i mam nadzieję, że razem coś wspólnie podziałamy. Wszystkie rozdane kawałki drogi znajdziecie w tym albumie.IMG_0708

Wymienię drogę na lekarstwa

dotpodl

Moi kochani! (wyruszam w nieznane, więc robi się ckliwo)

Za godzinę ruszam w moją wyprawę do Wrocławia. Raz mi się wydaje, że to blisko, a potem znowu, że daleko. Czuję podekscytowanie i lęk. Już dawno nie byłam ze sobą sam na sam. Kilka dni przed startem znajomi podesłali mi artykuł o Honoracie Martin, która postanowiła pójść w Polskę i też szła do Wrocławia! W sumie to nie. Nie boję się.

sama

Honorata Martin, W Polskę

Wyliczyłam, że będę szła tydzień i trzymajcie kciuki, żebym nie zabłądziła po drodze (chyba, że mam zabłądzić). Plecak leciutki, żeby się lżej szło. Wzięłam tylko to, co absolutnie niezbędne i telefon, żeby Wam się spowiadać po drodze i handlować zebraną drogą. To jest moja jedyna waluta i za nią chcę nazbierać na lekarstwa dla dzieciaków z Wrocławia, które walczą z tym całym rakowym dziadostwem. Droga to najcenniejsze, co mam i zamierzam ją wystawić na sprzedaż. Zapraszam do kupowania trasy po kawałku i dzielenia się nią z bliskimi. Może kiedyś wybierzecie się na wycieczkę, aby odwiedzić swój kawałek ziemi. Sama bym chciała coś takiego dostać w prezencie, więc jak ktoś chce mi sprawić podarek na imieniny (chyba w sierpniu mam), to śmiało!

Wszystko szczegółowo opisałam na aukcji siepomaga, gdzie możecie wpłacać pieniążki. Będę się odzywać z drogi na Facebooku, a Wy wspierajcie dobrym słowem i kłamcie, że będzie słońce, nawet jak będą zapowiadać deszcz!

Kraków czy Warszawa?

polska_wies

Ci z Was, którzy chociaż przez jakiś czas mieszkali za granicą, znają na pewno ten spór. Kiedy obcokrajowiec pyta, które miejsce w Polsce należy odwiedzić, zazwyczaj pojawia się człowiek, który będzie przekonywał do tego, że stolica jest najwspanialszym miejscem w kraju (całuję znajomych z Warszawki) oraz jego oponent, który zwabia na Wawel (to ja!). Zazwyczaj ten drugi uważa, że Warszawa jest brzydka i nie ma tam, co robić (to nie ja).

Kilka dni temu wpadłam na chwilę w góry, odwiedzić wioskę, która dawno temu skradła moje serce i pomyślałam sobie, że powinniśmy naszych znajomych kierować właśnie w takie miejsca. Na pewno każdy z Was ma taką wieś, rodzinne miasteczko, do którego nie zaglądają turyści i ani Wy, ani nikt innym im tego pomysłu nie podsuwa. Pamiętam, że kiedy zaczynałam jeździć do Ochotnicy, znajomi pytali mnie: “ale po co? Przecież tam nic nie ma!” (podobne komentarze słyszałam, jadąc na Islandię). Wtedy nie wiedziałam, co im odpowiedzieć. Jednym z pozytywnych skutków dłuższego pobytu za granicą jest to, że po powrocie patrzysz na swój kraj i wszystko wydaje się piękniejsze, bardziej wyjątkowe. Teraz już wiem, co im odpowiedzieć:

Kraków czy Warszawa to miejsca, które są podobne do innych europejskich miast. Tym, co nas naprawdę wyróżnia jest wieś i powinniśmy ją promować na równi z miastem. Sama nie wiem, dlaczego to miasta są naszą wizytówką i wabikiem na turystów, podczas gdy prawdziwa wyjątkowość naszego kraju leży gdzieś na zadupiu. Sama miałam w planach napisać post o Krakowie, ale znalazłam w sieci tyle artykułów na temat tego, co można robić tam przez weekend, że nie widzę sensu się powtarzać. Od dzisiaj zamierzam przekonywać każdego, kto będzie się wybierał do naszego kraju, aby chociaż na chwilę wyskoczył na wieś. Ochotnica Dolna to miejsce, które wygrywa dla mnie z każdym miastem w Polsce.

Robienie masła (wiem, że nie wygląda to tak seksownie jak na teledysku “My, Słowianie”) zamiast stania w godzinnej kolejce do kasy.

polska_wies2

Wypasanie krowy w baletkach zamiast przymierzania kolejnych butów w galerii handlowej.

IMG_3971

Opiekowanie się wyklutymi kurczakami zamiast wizyty w Mc’Donalds.

IMG_3943

Wiatr we włosach na quadzie zamiast spoconej pachy w tramwaju.IMG_3904

Grzebanie w ziemi zamiast w życiu znajomych.

IMG_3948

Leżenie na łące zamiast stania w korku.

IMG_3960

Darmowa natura zamiast płatnych klubów.

polskie_gory_gorcgorcgorce

Wiem, że “A Ty?” na końcu tekstu jest obiektem drwin, ale kurde, mnie naprawdę interesuje, co Wy o tym sądzicie, czy też macie takie miejsca i gdzie one się znajdują. Nie lubię gadać sama do siebie, więc dajcie znać, co o tym myślicie.

Droga jest lekarstwem

droga-IslandiaKiedy postawiłam przed sobą wyzwanie przejścia pieszo do Wrocławia, kierowałam się intuicją. Mój mózg nie pracował wtedy tak, jak powinien. Głównie dlatego, że znajdował się w dupie, ale o tym już Wam opowiadałam. Samo wyzwanie było potrzebne, aby znaleźć w sobie motywację do działania, mimo ogólnego poczucia bezsensu. Jednak to droga okazała się kluczowa – zarówno w znaczeniu przenośnym jako dążenie do celu, ale także w sensie fizycznym jako przemierzanie konkretnej odległości. Marzenie o fizycznym pokonywaniu drogi stało się celem i wybawieniem, chociaż myślę, że punkt kulminacyjny nadejdzie, kiedy zacznę przebierać nogami.

Podczas planowania tej trasy, zaczęły mnie nachodzić pewne zwątpienia. Przez ostatni tydzień dużo o tym myślałam. Zastanawiałam się, czy znajdę noclegi, czy się nie pogubię i czy w ogóle dam radę fizycznie. Już popadałam w czarną otchłań tych rozmyślań, kiedy zdałam sobie sprawę, jakim luksusem jest świadomość, że mogę się poddać. Co by się stało, gdybym nigdzie nie poszła? Nic. Świat się nie zawali. Ja nie umrę. Niestety nie każdy może sobie pozwolić na taki wybór. Są ludzie, którzy mają dużo cięższy dystans do przejścia, a na starcie zostali postawieni przymusowo. Ja mogłam dostosować wyzwanie do swoich możliwości. Wiedziałam, że nad morze na pewno nie dojdę, bo nie mam na to czasu ani kondycji. Wybrałam opcję w miarę bezpieczną, ale nie każdy ma taką w swoim zestawie.

Chciałam Was zachęcić do dwóch rzeczy. Po pierwsze do korzystania z tego luksusu, jakim jest podejmowanie wyzwań. Leczenie się drogą. Samotna wędrówka nie jest niczym strasznym i jeśli potraktujemy to jak kurację, to możemy wiele na tym zyskać. Często podróże kobiet w pojedynkę są postrzegane jako niebezpieczne i niewskazane. Ja uważam, że samotna wędrówka mogłaby być przepisywana zamiast tabletek. To dobry sposób na depresję czy inne problemy. Spójrzmy na samotną wędrówkę jak na coś, co leczy, a nie szkodzi. Chciałabym zebrać dowody na słuszność tej tezy i każdy Wasz głos będzie pomocny. Napiszcie proszę (komentarz, mail, wiadomość na Facebooku) swój dowód na to, że droga jest lekarstwem.

Druga sprawa jest taka, że są ludzie, którzy nie mogą sobie wybrać, czym się wyleczą. Potrzebują konkretnych lekarstw – bardzo drogich specyfików, których nie da się kupić za lajki. Jeśli to jest moja świecka pielgrzymka, to potraktujcie to jako ofiarę. Będę zbierać na lekarstwa dla podopiecznych wrocławskiej fundacji “Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową” (w dniu startu akcja ruszy na siepomaga.pl). Uważam, że wysyłanie małych istot w tak ciężką przeprawę jest cholernie niesprawiedliwe. Nie można się nigdzie od tej decyzji odwołać. Jedyne, co mogę zrobić, to dołożyć się do wspierania ich w tej wędrówce.

PS Wszystkim, którzy wchodzą na mojego bloga z hasła “jaka jest największa kara boska” lub “co uchroni przed karą boską”, szczególnie zachęcam do wspierania akcji. Gwarantuję, że to na pewno złagodzi kary za Wasze przewinienia!

Potrampkowe przemyślenia

Gdynia_trampki

W weekend byłam nad morzem i uczestniczyłam w Trampkach, czyli spotkaniu podróżujących kobiet. Pojechałam tam właściwie bez żadnych oczekiwań. To był pierwsza edycja, więc nie mogłam sprawdzić opinii z poprzednich czy zapytać kogoś, kto już w tym uczestniczył. Dopiero niedawno okazało się, że do Stanów jadę sama, więc nie zdążyłam się jeszcze do końca oswoić z tą sytuacją. Decyzję o tym, że jadę mimo wszystko podjęłam już dawno, ale wciąż nie kupiłam biletu. Często słyszałam, że to niebezpieczne jechać kobiecie w samotną podróż, więc potrzebny mi był inny punkt widzenia.

Warsztaty motywacyjne, które rozpoczęły spotkania to coś zupełnie nie dla mnie, ale jeszcze nigdy nie wyszłam zadowolona ze spotkania coachingowego, więc można się było tego spodziewać. Koło mnie siedziała młoda dziewczyna, która notowała z wypiekami na twarzy każde zdanie, więc na pewno było sporo osób, które na tym skorzystały. Same warsztaty nie przypadły mi do gustu, ale bardzo podoba mi się zamysł zapraszania na takie imprezy ludzi spoza branży podróżniczej. Z chęcią posłuchałabym psychologa, który opowiada o tym, jak sobie radzić z kryzysem w samotnej podróży lub nawet ludzi z innych dziedzin (mechanik, który uczy, jak zmienić koło w samochodzie?). To jest coś nowego i mogłoby również wejść w program innych imprez podróżniczych.

Potem na scenie pojawiła się Ola z 8 stóp. Nie będę opisywać wszystkich prezentacji, ale to było jedno z najlepszych wystąpień. Nie miałam zamiaru w tym uczestniczyć, bo jest to blog o podróży z dziećmi, co mało mnie obecnie interesuje. Jednak jak usłyszałam zdanie wstępu: “Podróżuje z rodziną, bo nie lubię ludzi”, to wiedziałam, że ta kobieta powie coś ciekawego. Do tej pory w poszukiwaniu inspiracji do mojej podróży nawet nie pomyślałam, aby zaglądać do dzieciatych. Okazało się, że oni zjechali całe Stany, a na ich blogu znalazłam dużo ciekawych opisów. Jak powiedziała Ola – oni nie układają swojej wyprawy pod dzieci. Zwiedzają to, co uważają za godne zobaczenia i bardzo podoba mi się to podejście. Właściwie to z tej prezentacji wyciągnęłam bardzo dużo dla siebie, chociaż jej sposób na zwiedzanie świata różni się od mojego.

Drugiego dnia miksowałam zwiedzanie Gdańska, zajadanie się babeczkami i słuchanie prezentacji. Trzeba było za każdym razem walczyć z tłumem, aby zdobyć jakieś miejsce. Ciągle przybywali nowi ludzie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że taki spędy są potrzebne. Najwięcej ludzi przyszło posłuchać Anity – organizatorki całego zamieszania. Anita zjechała samotnie Amerykę Środkową i jej historia dodała mi odwagi, żeby nie rezygnować z mojej wyprawy. Wiecie, jak się słucha osoby, która przemierzała kraje uznawane za niebezpiecznie i mówi o tym z uśmiechem i pewnością w głosie, to człowiek nawet nie musi się dopytywać, czy warto.

Na koniec wystąpiła Marzena Filipczyk i jej prezentacja jest moim zdaniem esencją tego typu spotkań. Słyszałam zarzuty, że te spotkania dyskryminują mężczyzn. Panowie są mile widziani i było ich trochę na sali, ale jednak kobieca tematyka dominowała. I bardzo dobrze. Podróżowanie kobiet różni się w wielu kwestiach i Marzenia opowiadała o szczegółach tych różnic. Skupiała się na tym, jak kobieta musi być ubrana w Iranie, jak radzić sobie z podrywem w krajach islamskich czy chociażby jak się tam wysikać. Moim zdaniem ta wiedza jest o wiele cenniejsza dla samotnie podróżującej kobiety niż relacje “co zobaczyć, gdzie pojechać” i nie zawsze pojawia się ten aspekt na innych imprezach podróżniczych.

Na koniec takie przemyślenie ogólne, które zbudowałam na podstawie kilku wystąpień. Podróżowanie kobiet wcale nie jest niebezpieczne i nie można się od razu nastawiać na gwałty. To chyba Marzena właśnie powiedziała, że podróżowanie w pojedynkę jest tak samo ryzykowne jak życie w pojedynkę. Często słyszę takie pytanie “a co Ty tam będziesz sama robić?”. No właśnie dokładnie to, co robię teraz. A druga rzecz jest taka, że człowiek w podróży nie jest wcale samotny. Ciągle spotyka na swojej drodze ludzi i czasami jest nawet tak, że spokój znajduje dopiero w pokoju hotelowym. Kobieta nie narzeka na brak towarzystwa, a do tego każdy jej chce pomóc. Wychodzi na to, że ma łatwiej w podróży! Na Trampkach usłyszałam mnóstwo historii potwierdzających tę tezę. Trzeba być rozważnym i pewne rzeczy sobie darować np. chodzenie po nocy czy wyzywające ubrania, ale jeśli będziemy przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa możemy ze spokojem kupować bilet, co ja właśnie idę uczynić.

Już dawno zrezygnowałam z cykania fotek na imprezach masowych. Jedyne zdjęcie, jakie mam z tego wyjazdu – związane z tematyką kobiecą – to nóżki z gdyńskiej wystawy. Zdjęcia z wydarzenia są na fanpage’u Trampek i tam też znajdziecie więcej informacji o prelegentkach i kolejnych edycjach, w których polecam brać udział.

Czy morze pomoże (od pomagać)

zdjęcie 3

Planowałam dokończyć wczoraj wpis o podróżowaniu po Islandii, który tworzę już chyba od miesiąca. Chciałabym, aby był kompletny i zawierał jak najwięcej praktycznych informacje dla ludzi, którzy wybierają się tam na wycieczkę i chcą wiedzieć, za ile jest bułka oraz gdzie wypożyczyć samochód. Jednak internet w Polskim Busie był wolniejszy niż moje myśli, a one zaraz po przebudzeniu potrafią poruszać się z prędkością sylaba na minutę. Nie dało się, więc stwierdziłam, że opublikuję wpis po powrocie. Przysiadłam teraz na chwilę w kawiarence, aby napić się kawy i naszła mnie ochota, żeby do Was napisać. Ten post będzie zawierał śladową ilość praktycznych informacji, ale bardzo chcę Wam wysłać pocztówkę znad morza.

zdjęcie 2

Wymówką dla mojego wyjazdu do Trójmiasta jest Spotkanie Podróżujących Kobiet. Jestem ciekawa, jak to będzie wyglądało, ale tak naprawdę chciałam po prostu bez analizowania spakować się i pojechać gdzieś. Wczoraj przed wyjazdem czułam to podekscytowanie i chęć pomalowania rzęs. Stroiłam się na autobus jak na randkę! I mimo, że dupa bolała od siedzenia w jednym miejscu, ludzie w autobusie marudzili nad uchem, a dzieci gadały bez sensu to tak naprawdę nie przeszkadzało mi to. Cieszę się, że jestem nad morzem, ale ten dzień, który zajęło mi dojechanie tutaj nie uważam za stracony. Lubię sam proces docierania do celu i zajebiście się cieszę, że dalej to we mnie jest, bo tak naprawdę mogę jechać gdziekolwiek i być z tego powodu szczęśliwa.

Morze uspokaja. Trzeba uzupełniać brak wielkiej wody w organizmie. Przez rok jadałam ocean po kawałku i ciężko był czymś to zastąpić na Śląsku. Napycham się jodem i przyklejam trochę do podniebienia na zapas. Łatwiej się chodzi po dużym mieście, kiedy czuć tę rześkość w powietrzu. Przypominam sobie Gdynię, chodząc po omacku po mieście. Odkryłam dobry patent na zwiedzanie miasta. Stawiam na spontaniczność, więc na tym się opiera mój sposób. Kluczem wyboru drogi jest nazwa ulicy. Jeśli mi się spodoba, to skręcam w nią. Jeśli nie, to idę dalej. Spróbujcie kiedyś.

zdjęcie 1

Muszę uciekać, bo kuzynka na mnie czeka w Gdańsku. Sama nie wiem, co ja tutaj napisałam, ale cieszę się, że nie odłożyłam tego na “po powrocie”. Dzięki temu mogę Was serdecznie pozdrowić z Gdyni, a nie po Gdyni. Relacja z “Trampek” na fejsbuczku.

Sernik po islandzku

W piątek postanowiłam upiec sernik, który Islandczyk Gunnar pichcił niedawno w Dzień Dobry TVN (Edit: a potem się okazało, że pożyczył go od Pauli). Podaję Wam tutaj moją wersję przepisu, bo na ich stronie jest bardzo pobieżnie wyjaśnione, jak to ciasto zrobić, a to ma być przepis dla takich jak ja, co to muszą mieć od A do Z. Cała Polska już huczy o tym, że na Islandii kochają Prince Polo, więc jest ono podstawowym składnikiem tego wypieku. Powinien nim być również skyr – tradycyjny islandzki serek, ale my musimy szukać polskiego zamiennika. price_polo_sernik
Składniki:
Biszkopt: 4 średnie wafelki Prince Polo, 4 jajka, 3/4 mąki pszennej, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, pół szklanki cukru.
Masa serowa: 350 ml śmietanki 36%, 1 serek homogenizowany, 250 g serka naturalnego, 1 laska wanilii (cukier waniliowy), 1/3 szklanki cukru, 2-3 łyżki żelatyny.
Galaretka: 5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej, 2 szklanki wody, 1/4 szklanki cukru, 2-3 łyżeczki żelatyny.

Zanim przystąpimy do pieczenia prosimy o pomoc Mamę, która pomoże uniknąć katastrofy w kuchni. Następnie przechodzimy do przygotowania biszkoptu.

Bierzemy 4 jaja. Oddzielamy białe od żółtego (powiedzcie, że też Wam to sprawia jakąś dziwną przyjemność!). Białka bijemy na pianę, puszystą oczywiście. W międzyczasie dodajemy cukier, a jak już się białe ubije, to żółtka i mąkę z proszkiem do pieczenia. Wafelki kroimy na kawałeczki, trochę podjadając. Wsypujemy do ciasta i całość przelewamy do tortownicy. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i pieczemy ok. 4o minut. Robimy zdjęcie, na którym nasza masa wygląda jak bigos i dochodzimy do wniosku, że fotografowanie jedzenia jest trudniejsze niż samo jego przyrządzanie.

sernik_islandzki_prince_polo

Zostawiamy tę myśl, gdyż musimy zająć się masą sernikową. Ubijamy śmietanę razem z mieszanką serka homo i naturalnego. Robiłam to na oko, ale ma być mniej więcej tyle sera, ile śmietany. Dodajemy cukier i wanilię. Na koniec żelatynka, żeby nam sernik zmężał. 2-3 łyżeczki zalewamy zimną wodą, podgrzewamy (tylko tak, żeby się nie zagotowała). Jak nam trochę ostygnie, to dodajemy do reszty. Masę wlewamy na biszkopt i już mamy dwa piętra ciasta. Ostatni level przed nami.

Na początku wydawało mi się, że kawa nie pasuje do tego zestawu, ale jej gorzki smak zrównoważył słodkość spodu. Dlatego jeśli macie zamiar ją zastąpić czymś innym, to polecam najpierw sprawdzić, jak to smakuje. Dobra, nie rozgadujemy się, tylko gotujemy pół szklanki wody w rondelku i rozpuszczamy w niej cukier. Kawę zalewamy gorącą wodą (1 i pół szklanki). Żelatynę rozpuszczamy w łyżce zimnej wody i odstawiamy na minutkę, dwie. Łączymy kawę, syrop cukrowy, żelatynę i mieszamy aż się rozpuści. Jak galaretka zacznie powoli tężeć, to wlewamy ją na zastygnięty ser (dużo czekania i stygnięcia przy tym cieście!). Efekt końcowy wygląda tak:

sernik_islandzki

Kompozycja tła nie jest przypadkowa. Biały wieszak ma podkreślać puszystość sera.

Żeby ciasto wyszło po islandzku, polecam słuchać muzyki, która kojarzy Wam się z wyspą. Ja wybieram “Domowe Melodie”, bo to zespół, który przypomina mi podróżowanie po Islandii. Pierwszy raz na żywo zobaczyłam ich właśnie tam i chyba już każdy koncert będzie przypominał mi występy w islandzkich kawiarenkach. Jeśli ktoś ich jeszcze nie zna, to polecam z całego serca. Nakarmcie swoich bliskich pysznym ciastem i dobrą muzyką!

Choć czasem nie jest lekko
I bolą stopy bose
Nie wiem, co będzie ze mną
Bo nie chcę już z powrotem

Nie masz komu wysłać Walentynki?

Nie mam obsesji na punkcie Walentynek, ale nigdy nie rozumiałam, dlaczego Dzień Zakochanych jest jednym z najbardziej znienawidzonych świąt. Każdy opowiada się po którejś ze stron i chyba za niedługo obok rubryki “stosunek do służby wojskowej”, pojawi się również pytanie o nasz stosunek do Walentynek (stosunek w Walentynki?). Wczoraj przeczytałam, że Dzień Zakochanych jest uznawany przez singli za opresyjne święto, które narzuca nam  “tyranie bycia w związku”! Ja nie czuję się w żaden sposób tłamszona. Zostałam wpuszczona do sklepu i nawet z niego wypuszczona bez kupienia czekoladowego serca! Chyba za bardzo kojarzymy to święto z parami. Walentynką można przecież obdarować kogoś z rodziny albo przyjaciela. Nawet kogoś nieznajomego, kto potrzebuje trochę dobrej energii.

Marzycielska Poczta to akcja wysyłania pocztówek dzieciom, które ze względu na ciężkie choroby nie mają możliwości nawet ponarzekać na Walentynki, nie mówiąc już o dalekich wyprawach. Blogerzy podróżniczy z myślą o nich zorganizowali akcję Marzycielska Poczta z Podróży, a ja dołączyłam się i mocno Was zachęcam. To nie musi być pocztówka z egzotycznych miejsc. Ciepłe słowa grzeją bardziej niż egipskie słońce. Podzielę się z Wami moim nowym patentem na pocztówki, w które trzeba włożyć trochę serca. Ostatnio przygotowuję pocztówki własnoręcznie, używając wycinków z gazet. wale
Jest to bardzo fajny sposób na stworzenie wyjątkowej kartki, a przede wszystkim podczas jej przygotowywania myślimy cały czas o osobie, do której ma trafić. Wybieramy te obrazki, które do niej pasują albo (jeśli jej nie znamy) które mogłyby jej się spodobać. Gazety w domu ma każdy, a jak nie to na pewno leżą w Waszej skrzynce jakieś darmowe reklamówki. Ja miałam trochę turystycznych ulotek z Islandii i z pomocą brata skleiłam trochę miłości z Islandią. Także do roboty – tu macie listę dzieciaków.zdjęcie 3 (1)Życzę Wam dużo miłości na co dzień i od święta!

Lekcja islandzkiego dla Polaków: akcent na luz

Wyprowadzka na Islandię miała na mnie ogromny wpływ i zmieniła mnie w wielu kwestiach, a niektóre z nich dostrzegam dopiero po powrocie. Przede wszystkim nabrałam dystansu do siebie i innych. Zaraziłam się islandzkim luzem na tyle, aby teraz mieć problem z nerwówką, jaka panuje w Polsce. Kocham swój kraj, ale ilość hejtu mnie przeraża. Bluzganie Owsiaka, pretensje o pogodę do rządzących czy skandaliczne zachowanie młodzieży na spotkaniu z Anną Grodzką sprawiają, że zastanawiam się, co z nami jest nie tak. To jest jeden z tych skutków ubocznych podróżowania, bo prawdopodobnie wcześniej wyglądało to tak samo, ale ja uznawałam to za stały element każdego społeczeństwa. Ciężej mi zaakceptować takie zachowanie po roku życia w kraju, w którym wszystkie wymienione sytuacje nie miałyby nigdy miejsca.

Kilka dni temu wybrałam się do lekarza i prawie zostałam stratowana przez ludzi czekających w kolejce za to, że mam niższy numerek niż oni. Dyskusja na ten temat trwała chyba z pół godziny, a ludzie własnym ciałem zaczęli blokować drogę do gabinetu. Poziom złej energii w tej poczekalni sięgał sufitu. Kiedy wybuchnęłam głośnym śmiechem, to wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej, bo wyglądali jak walczące ze sobą dzikusy. Nawet mieli nastroszone czupryny, bo to było bardzo wcześnie rano. Ta sytuacja uświadomiła mi, że tęsknie nie tylko za Islandią, ale również za jej mieszkańcami.

Przypomniało mi się, jak zaraz po przyjeździe na Islandię, miałam problem z przelewami i próbowałam to załatwić w banku, a obsługa tylko wzruszała ramionami. Oni nie wiedzą, co się stało i patrzą na mnie ze zdziwieniem, kiedy pytam, kto ma wiedzieć. Islandczyk zaakceptowałby pierwszą odpowiedź, a jeśli nie to pracownicy banku mają jeszcze w zanadrzu drugą, która rozwiewa wszystkie wątpliwości: “coś się zepsuło”. Na początku ciężko to przełknąć i człowiek już się rozpędza do małej awanturki, ale nagle się okazuje, że nikt nie podchwytuje zdenerwowania. Nie ma nikogo, kto by odpyskował czy rozumiał, jak ważna jest ta sytuacja. Pani w banku jest tak miła i spokojna, że po którymś z kolei pobycie zaczynasz wierzyć w to, że nie ma się czym przejmować.

Wychodzę więc z propozycją, aby wszystkich malkontentów wysłać na Islandię. Wrócą odmienieni, uwierzcie. Zastanawiam się tylko, kto miałby za to płacić. Jeśli Minister Zdrowia czyta ten wpis, to apeluję o taką narodową kurację. Tymczasem możecie swoim marudnym  znajomym podsyłać wersję demo. Oto podstawowe zasady islandzkiego akcentowania życia:

My, ludzie, nie mamy władzy nad wszystkim

Na Islandii jest takie powiedzenie: “Jak ci się nie podoba pogoda, to poczekaj 5 minut”. Oni nie narzekają na warunki atmosferyczne, bo wiedzą, że nie mają na to wpływu. Mimo tego, że przez kilka miesięcy żyją w ciemnościach, a zima trwa prawie cały rok, wciąż należą do najszczęśliwszych narodów na świecie. Z szacunkiem podchodzą do zawirowań pogody i nigdy nie słyszałam, aby Islandczycy mieli pretensje do rządu, że coś zamarzło. Natura jest potężniejsza zarówno do PKP, jak i od władz. To, że znaleźliśmy kilka sposobów na jej poskromienie nie oznacza od razu, że mamy nad nią pełną kontrolę. Pogódź się z pogodą, a przestanie ci ona przeszkadzać. Naprawdę w Polsce nie jest tak źle, jak Wam się wydaje.

Przestrzeń 

2013-06-28 19.57.19

W filmie dokumentalnym “Heima” wokalista zespołu Sigur Rós opisując swój naród, mówi o przestrzeni. Moim zdaniem to jest słowo klucz, które powinno zastąpić wyświechtany slogan “tolerancja”. Na Islandii ludzie dają sobie przestrzeń i nie są skorzy do wchodzenia z butami w czyjeś życie. Dlatego akceptowanie drugiego człowieka, takim jakim jest, przychodzi im w sposób naturalny. Marsz równości na Islandii nie jest tylko świętem homoseksualistów, ale wszystkich ludzi. Islandczyka nie obchodzi, czy jesteś gejem, chodzisz w futrze latem czy żyjesz bez ślubu. To jest twoja sprawa albo raczej – to jest twoja przestrzeń.

Niech każdy robi, co chce

W filmie “Reykjavik 101” jest taka wymowna scena, w której bohater zapytany o to, czym się zajmuje, odpowiada, że niczym. Oczywiście nie jest to obnażanie Islandczyków z lenistwa, ale pokazanie, że tam możesz się zajmować, czym tylko chcesz. Nawet jeśli komuś może się wydawać to absurdalne. Ty wybierasz. Nikt nie wmawia ci, że człowiekiem sukcesu będziesz, zarabiając grubą kasę i chodząc w garniturze. Możesz być muzykiem, na którego koncerty przychodzi kilka osób. Dopóki będziesz to robił, nawet rząd wesprze cię zasiłkiem. Na Islandii nie ma sztywnych podziałów na zawody. Znana piosenkarka pracuje w lumpeksie, a specjalista od marketingu piecze wieczorami bułki w piekarni. I nikt nikogo nie ocenia i nie klasyfikuje ze względu na to, co robi. To uwalnia ich od sytuacji, w której jeden na drugiego patrzy z góry albo dyskwalifikuje kogoś do robienia pewnych rzeczy.  W Polsce jest jakaś ogromna potrzeba sztywnych definicji i wpychania ludzi do worków. A potem boli nas, że ktoś z worka obok odniósł sukces w naszej dziedzinie. Jak on mógł startować w tych zawodach, skoro nie pasuje do definicji?! Zapraszam do Reykjaviku – miasta, którego burmistrzem jest komik, mający swój zespół i przebierający się czasami za kobietę.

Porażka jest sukcesem

W książce “Geografia szczęścia” autor odwiedza kraje, które są uważane za najszczęśliwsze na świecie. Przyjeżdża również na Islandię, gdyż zajmuje ona wysoką pozycję w tym rankingu. Rozdział ten ma tytuł “Szczęście jest porażką”. Jeśli komuś się nie powiodło, to znaczy, że próbował. I trzeba go za to podziwiać. Ludzie sukcesu i ci, którzy ponieśli porażkę są na tym samym szczeblu drabiny. Zarówno jedni, jak i drudzy, mają swoje wady i zalety. Mam wrażenie, że w Polsce sukces jest stawiany na tej samej półce, co ideał. Dlatego być może dziwi nas, że aktorki mają cellulit czy rozwodzą się. Ukrywanie porażek i naświetlanie sukcesów prowadzi do mylnego wyobrażenia, że ludzie, którzy coś osiągnęli są idealni. Łatwiej jest próbować ze świadomością, że porażka to nie jest coś wstydliwego.

Współpracuj albo giń

Jest taka teoria, która mówi o tym, że ludzie w krajach o chłodniejszym klimacie są bardziej skorzy do współpracy. Przez wieki byli zmuszeni zdobywać pożywienie w trudnych warunkach i nauczyli się, że łatwiej jest to osiągnąć w grupie. Potem słucham tego coveru “Say my name” w wykonaniu dwóch islandzkich artystów  i w głowie pojawia się mnóstwo innych, pięknych piosenek, które powstały przy współpracy islandzkich artystów. Rynek muzyczny jest idealnym przykładem tego, jak oni potrafią ze sobą współdziałać. Tam jest normą, że jeden perkusista gra w kilku zespołach, wokalista ma trzy rożne projekty, a na co dzień jeszcze grają razem. Może mi się nie podobać muzyka, którą tworzy zespół, ale jak będzie taka potrzeba, to pożyczę mu sprzęt czy zajmę się oprawą muzyczną na koncercie. Życzyłabym sobie, żebyśmy więcej współpracowali, a mniej gnili.

Chyba sobie wydrukuję ten post i podsunę zdenerwowanym paniom przy następnej wizycie w przychodni.

Z czarnej dziury do Wrocławia

czarnadziuraDługo szukałam sposobu na to, aby zacząć normalnie funkcjonować. Każdego dnia, a nie tylko od święta. Żeby móc się wysypiać w nocy. Żeby mieć motywację do działania. Żeby częściej myśleć pozytywnie. Takie proste rzeczy, wiecie. Na początku dałam się ponieść w czarną dziurę, która mnie co prawda nie wciągnęła, ale cały czas lata nad głową, wołając ?daj chociaż palec?. A potem bierze całą rękę, głowę, wypluwając mózg na ścianę. A Ty leżysz na łóżku i obserwujesz, jak twój mózg komponuje się ze wzorem na tapecie.

Jeśli więc bierne poddawanie się czarnej dziurze prowadzi do klęski, to trzeba znaleźć jakieś wyzwanie. Chciałam, żeby to było coś, do czego będę musiała się przygotowywać codziennie. Zadanie, które założy blokadę na mózg. Czytanie książek, pisanie, rozmowy ? wszystko to zajmowało przód głowy, podczas gdy tyłem wdzierała się do niej czarna dupa. Jeśli więc mózg i dupa są przeciwko mnie, to nie pozostaje mi nic innego jak je osłabić. Zmęczyć fizycznie. I dobijać codziennie tak, aby nie było siły i energii na czarne myśli. Aby organizm zmęczony wysiłkiem, padał na poduszkę i przesypiał spokojnie do rana. Na tym zależało mi najbardziej, bo możecie sobie wyobrazić, że czarna dziura wisząca nad moją głową w nocy zlewa się z ciemnością i jest nie do zlokalizowania. A wiadomo, że dobrze zakamuflowany przeciwnik zawsze ma nad nami przewagę.

Drugim moim problemem był strach przed podróżą, który mógłby zablokować wszystkie moje dotychczasowe plany na życie. Nie miałam problemu z tym, że przełożyłam o kilka miesięcy swoją wyprawę do Stanów (lecę w kwietniu). Jednak kiedy niespodziewanie kogoś tracisz, to ciągle towarzyszy ci strach o bliskich. Mój cel musiał zakładać opuszczenie domu, aby móc sprawdzić się ostatecznie przed wyjazdem do Stanów. Przyzwyczaić się do myśli, że nie mogę wszystkiego kontrolować i zbudować w sobie więcej pewności, że wszystko będzie dobrze.

Nie jestem osobą aktywnie uprawiającą sport. Lubię próbować różnych rzeczy, ale brakuje mi wytrzymałości, jaką daje systematyczny wysiłek. Przeglądałam oferty zajęć fitness, ale jakoś nie mogłam sobie wyobrazić siebie podskakującej w rytm muzyki. Olśniło mnie na “Hobbicie”, którego bohaterowie realizują wyznaczone sobie zadanie dopiero po pokonaniu długiej drogi. Droga. To właśnie ona przeraża najbardziej. Droga do normalności to dla mnie obecnie ta sama ścieżka, która prowadzi do sklepu. Jej pokonanie polega na tym samym – trzeba ją przemierzyć. Iść do przodu. Żeby dojść do Wrocławia, muszę najpierw nauczyć się regularnie i bez żadnych obaw wychodzić z domu. Żeby planować dalekie wyprawy, muszę najpierw dojść do Wrocławia. Moim celem będzie piesza wyprawa z mojego miasta rodzinnego (Jastrzębie Zdrój) do Wrocławia. Taka świecka pielgrzymka, do której muszę się przygotować fizycznie i psychicznie.

Będę miała tydzień wolnego przed wyjazdem do Stanów i wtedy planuję udać się na ten spacerek. Mam nadzieję, że wiosna nie będzie miała takiego opóźnienia jak w tamtym roku i będę mogła już rozkoszować się pierwszymi jej oznakami. Jeszcze nigdy nie podróżowałam w taki sposób i myślę, że fajnie będzie zwiedzać w tak wolnym tempie i zobaczyć miejsca, do których bym prawdopodobnie nigdy nie zajrzała. Ta część Polski jest mi chyba najmniej znana i z tego względu trochę się martwiłam o noclegi. Okazało się, że mam znajomą w Brzegu, która zgodziła się mnie ugościć, ale wciąż pozostają mi miasta, w których jestem bezdomna. Jeśli ktoś z Was mieszka w niżej wymienionych miejscowościach (albo zna kogoś, kto zna kogoś) i byłby tak miły, żeby mnie ugościć, to dajcie znać (swachta.k@gmail.com). Wiem, że jest couchsurfing, ale ze wstępnego rozeznania wynika, że mało osób korzysta z tego portalu w tych miejscowościach. A nuż, przeczyta to ktoś, kto ma ochotę przenocować wędrowca. Dodam tylko, że nie byłam nigdy karana. Oto miasta:

Kędzierzyn-Koźle

Krapkowice

Dąbrowa

Oława

Dobra, powiedziałam Wam, to teraz już nie mam wyjścia. Jeszcze tylko dodam, że chciałabym zebrać trochę kasy dla potrzebujących. Jeszcze nie zdradzam dokładnie, na jaki cel to pójdzie, ale portal siepomaga.pl jest narzędziem, które umożliwia taką zbiórkę każdemu. Ludzie zbierają kasę na fundacje z okazji swoich urodzin czy w czasie rzucania palenia. Nawet robiąc coś dla siebie, możemy komuś pomóc. Można zrezygnować z kwiatów na weselu i poprosić gości, aby równowartość kwoty, którą mieli na nie wydać przeznaczyli na wybrany przez Was cel. Jest mnóstwo ludzi, którzy tej pomocy potrzebują. Akurat to jest jedna z tych rzeczy, które w czarnej dupie widzę bardzo jasno.

Lewa część ilustracji należy do Vonnegouta i przedstawia czarną dupę, z której chce wyjść. Natomiast, żeby było jasne, prawa autorskie do części prawej należą do mnie.

1 2 3